Japońskie słodycze są boskie. Owszem, zazwyczaj jest ich bardzo mało w pudełku, są drogie w cholerę ale rozpływają się w ustach i powodują, że masz ochotę odrzucić wszelkie zahamowania i otoczyć się słodyczami. Gdyby nie ograniczenia finansowe w tej chwili znajdowałbym się na prostej drodze prowadzącej do krainy Cookie Monstera.
Nawet w tej chwili toczę straszliwy, rozdzierający bój z moją wolą, która za wszelką cenę stara się utrzymać mnie z daleka od szafki, w której spoczywa napoczęte już pudełko z ciasteczkami wypełnienionymi masą kasutādo, czyli z polskiego (?) custard.
Wyobraźcie sobie miękkie, puszyste ciastko, którego serce skrywa rozpływającą się w ustach masę o delikatnym waniliowym posmaku, z lekkim prawie nie zauważalnym muśnięciem mleka i jajek. Albo sobie nie wyobrażajcie bo zaczynam przegrywać walkę ze swoim łakomstwem.
Jestem pewien, że każda receptura tutejszych słodyczy zawiera w sobie tajny składnik uzależniający. Jak bowiem wyjaśnić fakt, iż w PL potrafiłem powstrzymać się przed jedzeniem słodyczy (jak wiemy sernik i lody to nabiał a nie słodycze) przez ponad rok, a tutaj już dwa dni postu sprawiają mi straszliwe męki?
Ale nie o słodyczkach miało być. Ostatnio obiecywałem informacje o maszynach do wszystkiego. Będzie tydzień jak obiła mi się o oczy informacja o maszynie do książek zainstalowanej na jednym z warszawskich dworców. Pomysł ciekawy, oryginalny tyle, że maszyna stoi tylko w jednym miejscu w kraju. Swego czasu słyszałem również plotkę, iż w JP stoją maszyny, w których można zakupić telefon komórkowy. Przyznaję, że jak na razie, mimo że wypatruje oczy za każdym razem gdy mijam ścianę maszyn, urządzenia takiego nie dostrzegłem. Zobaczyłem za to całą masę innych.
Maszyny do napojów bezalkoholowych (zarówno zimnych jak i ciepłych – w tym moich ulubionych kaw) stoją wszędzie. Jest ich znacznie więcej niż bankomatów. Co 100 – 200 metrów można znaleźć co najmniej jedną wciśniętą pomiędzy miniaturowe domu, ustawioną na krawędzi chodnika, czy przy wejściu do dzielnicowego sklepiku. W miejscach, przez które przechodzi więcej ludzi czasami ustawiane są obok siebie maszyny różnych firm, tworząc wspomnianą wcześniej „ścianę maszyn”. Napoje bezalkoholowe to jednak tylko jedna z wielu możliwych zawartości tych urządzeń. Dotychczas widziałem również maszyny z piwem, papierosami, słodyczami, lodami a nawet zupami instant (przy kampusowym sklepiku). Nadal poluje na inne okazy.
Ściana maszyn (niewielka ale ściana) wygląda tak:
Fotka wykonana telefonem. Za jakość przepraszam.
Dzięki niech będą duchom wszelakim, że są one nie tylko popularne ale i tanie, bowiem w obecnie panujących temperaturach (wahają się one od 20 – 26 stopni Celsjusza) i wysokiej wilgotności, bez dobrej, zimnej kawy za 100 jenów zapewne padł bym gdzieś na jednej z wąskich uliczek, podczas kolejnego górskiego odcinka niekończącego się tour de Nippon.
Jeśli już jestem przy napojach, to mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że w temacie win w Japonii widziałem już prawie wszystko. Widziałem Rothschilda-Pauillac wartego 168.000 jenów, stojącego w szafeczce, w kąciku winnym ekskluzywnego bo ekskluzywnego ale domu handlowego. Widziałem również znane mi z PL wina francuskie i argentyńskie w cenie 1000 jenów leżące dwa metry od wspomnianego Rothschilda. To jednak co sprawiło, iż uznałem że widziałem prawie wszystko, to okaz wina w puszce, którego zdjęcia niestety nie zrobiłem oraz następujący kwiatek:
Ok. Ja wiem, że w Europie podobno takich kwiatków znaleźć można znacznie więcej (i nie mówię tu o różnego rodzaju nalewkach), ale ludzie… wino w plastykowym woreczku, wino w puszce? Tego pierwszego nie broni nawet fakt, iż zostało wyprodukowane we Francji. To trochę tak, jakby zaczęli sprzedawać trufle instant albo książki wydrukowane na rolce papieru toaletowego. Nie żeby wino woreczkowe było niedobre. Średnia klasa średnia, jak ich setki stoja na półkach w Biedronce. Liczą się jednak jakieś zasady i porządek wszechświata!
Uparcie piszę, że widziałem „prawie” wszystko, bowiem czekam jeszcze na zakup i degustację wina rdzennego, o którym tubylcy nawet zrobili serial telewizyjny, a które nazywa się Tomi z winiarni Tominooka (serial nosił znamienną nazwę Kami no Shizuku czyli Boska Kropla).
Z wieści z drugiego krańca alkoholowego świata; piłem wczoraj piwo, które ledwie na tę nazwę zasługuje. Musiało to być tutejsze piwo studenckie. Wysnułem tę teorię zarówno ze względu na cenę (108 jenów wliczając podatek, gdzie tzw normalne piwa zaczynają się od 120-140 jenów), zawartość alkoholu (5%) oraz smak… Smak, który wykatapultował ów trunek na drugie miejsce pośród „najgorszych-pitych-piw-ever” a na pierwsze w kategorii „najgorszych-pitych-piw-ever-które-skończyłem”. W pierwszej kategorii od lat najwyższy stopień na podium zajmuje ciepłe piwo Huangshan (Chiny), którego pół butelki wylądowało w ścieku gdzie najprawdopodobniej wytruło całkiem sporo zarazków. Miałem wrażenie, że producenci Prime Draft Green zapomnieli dodać do niego słodu, chmielu…cóż, wszystkiego poza ryżem i alkoholem, a proces fermentacji „procesem” był tylko z nazwy. Za to miało całkiem sporo bąbelków. Piwo, którego należy unikać w Japonii wygląda tak:
Co ciekawe, po krótkich sieciowych badaniach odkryłem, że należy go również unikać w Korei ponieważ stamtąd właśnie pochodzi. Honor japońskiego browarnictwa został poniekąd uratowany.
To by było na tyle. Trzymajcie się i delektujcie polskimi browarami.




