Z pisaniem nie jest tak, jak z jazdą na rowerze. Przynajmniej w moim wypadku: jak nie ćwiczysz, to potem siedzisz wpatrzony w monitor zastanawiając się jak przelać swój pomysł na papier. Słowa nie chcą układać się w zdania, sceny nie chcą płynnie przechodzić z jednej w drugą. Bohaterom w ustach wyrasta kołek, który sprawia, że ich dialogi brzmią drewnianie. Masakra.
Najgorsze jest to, że pomysł miałem dokładnie obmyślony już na początku stycznia, zanim jeszcze z dumą ogłosiłem Formę Winną 2012. Na początku lutego zaciąłem się na stronie nr 7. Walczyłem z nią do dzisiaj. Efekt? Napisałem to, co napisałem. Z całą pewnością nie jest to "krótka" forma. Nie jest to również to, czego od tego opowiadania oczekiwałem. Najgorsze jest to, że tak właściwie jest to jego pierwsza część... Cóż, Mari napisała zgrabny wiersz naginając lekko zasady [1], ja uznałem, że wykpię się kończąc w połowie. Nie, żebym rezygnował z opowiedzenia całości historii. Ciąg dalszy, z całą pewnością nastąpi.
Niestety, mój redaktor [2] z powodu późnego dostarczenia tekstu [3], odmawia współpracy, co oznacza że tymczasowo będziecie zmuszeni obcować z jego dość surową wersją. Nie chcę jednak zawalić terminu.
No,to jak już wszystkich zniechęciłem do czytania: Enjoy!
Restauracja "Pod Błękitnym Aniołem"
[1] Wiem, wiem... nigdy nie twierdziliśmy, że to MUSI być proza. Tak tylko się wykręcam.
[2] Oczywiście pisze o Mo., która doprowadza mnie do szału, wskazówkami natury gramatycznej.
[3] U nas jest noc. Późna noc. Właściwie to już jest 16.02, ale w PL to nadal 15.02 więc się liczy :P