2012/01/27

equilibrium

W zdecydowanie niedocenianym filmie „Equilibrium” jest taka scena, podczas której główny bohater, wchodząc po schodach uświadamia sobie monotonię tłumu, z którym się przemieszcza. Tak jak wszyscy zgromadzeni ubrany jest w szaro czarne ubranie. Jego fryzura, w żaden sposób nie różni się od standardu. Jego oblicze, zgodnie z nakazami prawa nie wyraża żadnych uczuć. Niczym klon wchodzi po schodach w rytmie, który doskonale zgrywa się z rytmem kroków otaczających go ludzi.

Muzyka cichnie, a on niespodziewanie zatrzymuje się, burząc ustalony porządek. Staje się wyspą w morzu przemieszczających się istot.*

Kilka dni temu doznałem podobnego uczucia.

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o ścisku i tłoku, które w godzinach szczytu są zmorą japońskich (swoją drogą niezawodnych i nieprawdopodobnie punktualnych) środków komunikacji publicznej. Świat obiegło nie jedno i nie dwa zdjęcia panów odzianych w firmowe uniformy, którzy w białych rękawiczkach dociskają ludzi próbujących grzecznie wbić się do wagonu. Mniej lub bardziej zawiani businessmani niższego szczebla, czyli z tutejszego sarariiman’i, urzędnicy, nauczyciele, sprzedawczynie, OL (czyt. "oeru” czyli office lady)… wszyscy, zgodnie z kolejnością przybycia na peron wciskają się do wnętrza pociągu, próbując za wszelką cenę uniknąć kontaktu fizycznego. Oczywiście, w godzinach szczytu jest to wirtualnie niemożliwe, jako że popyt na miejsce zdecydowanie przekracza jego podaż.

Ci sami ludzie, równie spokojnie opuszczają pociąg. Tyle że wówczas wąski strumień zmienia się w szeroką rzekę czerni, szarości i granatu równym krokiem zmierzającą ku schodom/wyjściu. Nikt się nie pcha. Nikt, nikogo nie wyprzedza. Nikt nie klnie. 

W pewnym momencie, maszerując przy akompaniamencie muzyki zagłuszającej wszystkie dochodzące z zewnątrz dźwięki, rozejrzałem się ponad morzem czarnych głów**.  Nie pamiętam kiedy ostatnio doznałem równie silnego poczucia odrealnienia. Na twarzach mijających mnie ludzi zastygł bezosobowy, pozbawiony emocji wyraz. Maska wytworzona na potrzeby świata zewnętrznego (omote). Żadnych uśmiechów, czy dziwnych min. Nieliczne rozmowy toczone są głosem tak cichym, że nawet gdybym nie odciął się on nich za pomocą słuchawek, nie miałbym szans usłyszeć ich treści. Nie chcą nikomu przeszkadzać. Wpatrzeni w plecy poprzednika lub fakturę schodów opuszczają to miejsce.

Wychodzę na zewnątrz stacji i wraz z rozrzedzającym się tłumem powraca moja więź z rzeczywistością.



Nie chcę jednak budować błędnego/stereotypowego wizerunku mieszkańców Wysp. To niecodzienne uczucie dopadło mnie tylko raz i jak przypuszczam umysł mój całkiem skutecznie „przeoczył” wszystkie kolorowe elementy, które z całą pewnością przemykały między garniturami i żakietami.

Poza godzinami szczytu, poza godzinami pracy, a może przede wszystkim w tym niezbyt długim okresie pomiedzy liceum (mundurki) a stałą posadą (uniformy), pasażerowie pociągów tworzą najbardziej kolorowy zbiór nieprawdopodobnych dodatków, różnorodnych stylowo ubiorów i spersonalizowanych urządzeń elektrycznych z jakim miałem okazję się spotkać w czasie swoich podróży.

Potrzeba bycia jednostką w kraju zbudowanym na sile zbioru zagłusza zdrowy rozsądek czy poczucie stylu. Wszystko, co czyni Cię innym, jest „zajebiste”. Nie ważne, że szczycisz się fryzurą której pochodzenia należy upatrywać w energii wyładowań atmosferycznych, ani że opakowanie na Twojego iPhone’a odbija więcej promieni świetlnych niż kula disco z lat 80. Nie ważne, że makijaż (obu płci) bardzo często nie tyle ocierają się, co obłapia kicz, którego przeciętny Europejczyk nie jest w stanie sobie wyobrazić. Ważnym jest to, że w najmniejszym stopniu nie przypominasz poważnego, styranego sarariman’a, który jadąc tym samym pociągiem zasypia na stojąco. Ważnym jest to, że nawet jeżeli od 8.00 do 22.00, od poniedziałku do soboty jesteś tym właśnie sarariman’em, w czasie wolnym możesz wydobyć się z uniformu i oddać szaleństwu przekoloryzowanych strojów.

W ostatecznym rozrachunku: porządek i chaos współistnieją na Wyspach, równoważąc się na każdym kroku.  





*Scena, o której wspominam w rzeczywistości może wyglądać nieco inaczej, jako że pamiętam ją mgliście, bardziej jako ideę niż faktyczny obraz.
**Nadal, mimo mojego mikrego wzrostu góruję nad większością mieszkańców Wysp.

2012/01/10

forma winna 2012

Nowy rok, nowe wyzwania, nowe pomysły. Czas by przywrócić starą, dobrą tradycję. Dlatego też wszem i wobec chciałbym ogłosić rozpoczęcie nowej edycji „Formy winnej”.

Zasady?

Do 15.02.2012 piszemy krótki tekst prozaiczny, którym następnie dzielimy się z pozostałymi uczestnikami zabawy ( na blogu bądź w przypadku osób troszkę bardziej nieśmiałych, za pomocą maila ). Tematem opowiadania powinien być niezwykle ostatnio popularny nieumarły potocznie klasyfikowany pod nazwą zombie. Żeby jednak nie było zbyt łatwo dochodzi dodatkowy warunek – autor, w zaciszu swojego domu powinien chwycić za pierwszą lepszą książkę, otworzyć ją na jednej ze stron, skupić się na pierwszym akapicie, odnaleźć dziesiąty rzeczownik i wykorzystać go jako „niezwykle istotne słowo klucz”.
Ponieważ jednak metodą prób i błędów odkryliśmy, że może dojść do dość dziwnych połączeń takich jak zombie – kabina, zombie – rękawiczka itp. więc uznaliśmy, że losowania dodatkowego słowa można dokonać 3 do 5 razy i wybrać takie połączenie, które wywoła dzwonek weny!

Dlaczego „forma winna”?

Odpowiedzią na to pytanie jest „motywacja”. Każdy, kto podejmie się wyzwania ( a musicie wiedzieć, że nawet wypowiedziana półgębkiem słowna deklaracja jest równie wiążąca jak cyrograf podpisany krwią ), a nie dotrzyma terminu oddania pracy, będzie zmuszony postawić pozostałym uczestnikom butelkę wina. W sytuacji, w której wszyscy piszący ukończą i podzielą się swoimi pracami zwyczajowo spotkamy się, każdy ze swoim winem w dłoni i gratulując sobie fantastycznych wyników, radośnie opróżnimy wszystkie butelki*.

Zapraszamy wszystkich do zabawy**.






*Oczywiście moja obecna sytuacja geograficzna utrudnia nieco odebranie nagrody, aczkolwiek zawsze mogę nadrobić po powrocie.
** „My”, o których ciągle piszę to ja i Mari – czyli osoby, które wzięły udział w pierwszej formie w 2008 roku.

2012/01/05

szok kulturowy część kolejna


 Niepomny ostrzeżeń Mo. oraz własnych doświadczeń z Chin przywiozłem do Japonii zaledwie jeden antyperspirant w sztyfcie, który niestety nie okazał się być przedmiotem magicznym-samo-uzupełniającym się. Zmusiło mnie to do wyruszenia na wyprawę po podobny specyfik wykorzystywany przez mieszkańców wysp.


Oczywiście informacja o tym, że tubylcy się nie pocą, w związku z czym nie potrzebują antyperspirantów z prawdziwego zdarzenia utonęła gdzieś w bagnie, w które ostatnimi czasy przekształca się moja pamięć. W związku z tym byłem przekonany, że bez problemu dostanę jakieś Old Spice albo inne Fafklulce.
 „Przekonanie” rozleciało się z hukiem w pierwszych minutach pobytu w drogerii. Nie poddałem się jednak rozpaczy, gdy okazało się, że w rzeczonym sklepie nie ma wielkiej i bogato zaopatrzonej półki z antyperspirantami. Z cierpliwością i systematycznością godnymi porządnego bibliotekarza, przeszukałem wszystkie zakątki tego odurzającego zapachami przybytku – poczynając od regału z ogromną ofertą przyklejanych rzęs i świecących posypek a kończąc na … aptece.

W kącie, zasłonięty żeńskimi dezodorantami i lakierami dostrzegłem znajomy kształt coś-fkulce. Nie myśląc wiele ( ostatnio w ogóle niezbyt często uprawiam ten sport ) pochwyciłem jedno bezcenne opakowanie. Kontrolnie rzuciłem okiem na napisy: „MEN” - obecne, „ICE MINT” – niepokojące ale obecne. Uznałem, że da radę i ruszyłem na dalsze zakupy.

„ICE MINT”
Doprawdy, zastanawiam się czy chodziło o zapach i o specyficzne poczucie zimnej bryzy, które pojawia się krótko po zaaplikowaniu specyfiku w odpowiednim miejscu. Jeśli o to drugie, to muszę przyznać, iż do prawdy eksperyment udał się. Nie sądziłem, że opisując antyperspirant kiedykolwiek użyję określenia „to jest takie same uczucie, gdy ssąc mocnego halsa zaciągniesz się świeżym, zimowym powietrzem – tylko chodzi o zupełnie inną część ciała”. Owszem… można by to nazwać pewną formą Ice Mint.

Jeśli natomiast chodzi o zapach. Być może do niego właśnie odnosić się ma owo słowo „MEN”. Równie dobrze mogli by przed nim dodać Russian lub Polish. Nie wiem bowiem jak ten zapach może komukolwiek kojarzyć się z „ICE MINT”. Co jak co, ale czysta wódka dla mnie nie ma nic wspólnego z mint. Bo ten zapach to nawet nie jest spiryt – to tak jakby wlali do środka Wyborowej albo innej Stolichnaya… Co zabawne, jak to bywa z takimi środkami, gdy jest mi ciepło i się pocę zapach ów staje się znacznie bardziej intensywny. Czyli najzwyczajniej w świecie jedzie ode mnie wódą. Równie dobrze mógłbym pójść do sklepu, kupić sobie pół litra i ochlapywać się codziennie kilkoma kroplami.

Kurcze, aż się boję co się będzie działo jak mi się skończy płyn po goleniu.

Tak się zastanawiam – może ja to źle aplikuję? Tylko, dlaczego mieliby to wtedy sprzedawać w drogerii?   


2012/01/02

Od fryzjera w trzęsienie ziemi.

Rok 2012 zaczęliśmy trzęsieniem ziemi.

To zabrzmiało dramatycznie, aczkolwiek niestety nie jest do końca zgodne z prawdą. Zaczynaliśmy go bowiem na imprezie w jednym z licznych japońskich mini barów, korzystając z dobrodziejstwa międzynarodowego towarzystwa, amerykańskiego właściciela przybytku, dźwięków muzyki Boba Marleya, overproofed rumu i japońskiej wersji jackass’a (która, jak można się było spodziewać, była najzwyczajniej w świecie chora).

Zaczynaliśmy go niezwykle przyjemnie, acz bez zbytniego szaleństwa. Wyjątkowo, nawet organizm Mo. uznał, że da sobie spokój z kilkuletnią już tradycją i postara się wytrzymać te kilka dni bez wizyty w szpitalu.
Trzęsienie ziemi nastąpiło w niedzielę. O 14.28 czasu tutejszego. Pochwiało. Mo. znowu nie zauważyła tego drobnego incydentu. Ja natomiast, jak się okazuje, mógłbym robić za sejsmograf. Od czasu mojego przyjazdu wyczułem trzy wydarzenia sejsmiczne. Dwa były tak delikatne, że nawet doskonale poinformowane japońskie źródła potrzebowały dłuższej chwili by potwierdzić moje podejrzenia.
Trzęsienie Noworoczne miało siłę, której do końca określić się nie umiem. Tubylcy twierdzą, że w epicentrum osiągnęło zaledwie 4 stopnie. Amerykanie ocenili je na 6,8. Z jednej strony Japończycy chyba znają swoje trzęsienia, więc to właśnie im powinienem zawierzyć, z drugiej jednak strony o Fukushimie też dość długo mówili, że wszystko jest ok.

Cóż, nam nic się na głowy nie zawaliło.
Czy to jednak oznacza, ze rok 2012, będzie rokiem wstrząsającym? Bujającym?

Rok poprzedni (pomijając imprezę) zakończyłem najdziwniejszą wizytą u fryzjera jaką udało mi się dotychczas przeżyć. Nadmienić muszę, że w pierwszym miejscu, w którym miałem nadzieję ujarzmić mą rozszalałą fryzurę, przerażona pani „manager recepcji” w uprzejmych słowach poinformowała nas, że klientów z tłumaczami nie przyjmują. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się nie uzyskać usługi fryzjerskiej ze względu na niewystarczającą znajomość języka obcego. Zdumiewające.
Ja rozumiem, że fryzura to rzecz niezwykle ważna. W przypadku tubylczej młodzieży płci zbliżonej do męskiej, jest to zwieńczenie jego/jej androgenicznej kreacji. Jest swoistym dziełem sztuki nowoczesnej powstałym przy udziale fryzjera, silnego impulsu elektrycznego oraz lakieru do włosów o wytrzymałości cerambetonu. Rozumiem również, że fryzjer chwytając za nożyczki, bierze do ręki status społeczny danego niuńka i jednym cięciem może zmienić go w zwykłego, nudnego salarymana… Jestem świadomy, że moje włosy wyglądają i zachowują się nieco inaczej niż grube, sztywne, czarne druty, które Japończycy noszą na głowie.* Uważam jednak, że mimo wszystko panika, jaką wywołały nosiła znamiona przesady - czy wyglądam jak człowiek, który w trakcie strzyżenia potrzebuje nieustannych konsultacji?

Właściwie, to podczas strzyżenia zazwyczaj zachowuję się jak naćpana owca. Siedzę bez ruchu, z zamkniętymi oczami ** biernie poddając się wszelkim szarpnięciom i naciskom.

Drugi fryzjer podjął wyzwanie.
Najpierw usadził mnie na krześle, które mógłbym porównać do fotela dentystycznego (tyle, że bez tych wszystkich przerażających urządzeń z boku). Wszystko się w nim ruszało. Już po chwili leżałem z głową do dołu (w umywalce z wodą) i nogami do góry, z twarzą przesłoniętą delikatną papierową chusteczką.
Nie dość tego… Nie wiem, czy fryzjer bał się, że mnie uszkodzi, czy też myślał, że jakiekolwiek szarpnięcie moich kłaków spowoduje odpadnięcie skalpu. Wiem jedno – żadna z fryzjerek, która miała okazję ścinać moje włosy NIGDY nie była tak delikatna.
Może trafiłem na mistrza nożyc, który operował ostrzami własnoręcznie wykutymi w pracowni swego dziada – tak ostrymi, że ledwie muśnięcie mogło mnie pozbawić głowy. Nie wiem. Wiem, że po kilkunastu minutach cackania się z moją czaszką i dwu lub trzech konsultacjach z Mo. fryzjer odstąpił od fotela, podał mi okulary i zapytał jak mi się podoba***.     

Co miałem powiedzieć. Było ok. Wyglądało na to, że udało się i wyjdę od golibrody z przyzwoitą europejską fryzurą.

Okazało się, że nie skończył.
Najpierw zafundował mi kolejne mycie, a następnie zabrał się do suszenia i formowania włosów. Wykorzystał do tego grzebień, szczotkę, suszarkę, dwie pary nożyczek, super wytrzymały żel do włosów i maszynkę do golenia.
Najbardziej sfrustrowała go suszarka, bowiem okazało się, że po wyschnięciu moje włosy nie pozostają na przeznaczonym im miejscu tylko znajdują sposób, żeby odstawać i psuć ustaloną wcześniej harmonię.
Biedny mistrz nożyczek spędził kolejne piętnaście minut na poprawkach.
Gdy zakładałem okulary po raz drugi, robiłem to z przekonaniem, że w lustrze ujrzę nową interpretację Elvisa. Jakże się zawiodłem ( a jednocześnie odetchnąłem z ulgą ) gdy okazało się, że wyglądam dokładnie tak samo jak przy pierwszej próbie.
Cóż. Ważne, że znowu wyglądam jak poważny człowiek.

I co dalej?
Nie wiem.
Mam kilka planów. Jedno czy dwa tajemne postanowienia. Kilka rzeczy chodzi mi po głowie ( w tym „forma winna” o zombie ). Zaczyna się nowy rok. Jako, że podobno ma być ostatnim – warto by go w pełni wykorzystać.
Czego życzę wszystkim.



 
*W zamierzchłych czasach obiekt mej zazdrości i pożądania.
** Otwieranie ich nie ma sensu, jako że każdy fryzjer na dzień dobry zabiera mi okulary. Bez nich, w oddalonym o półtora metra lustrze widzę różowego bloba odzianego w plamy koloru mojego ubrania o nieco ciemniejszym zwieńczeniu.
*** Właściwie to najpierw zapytał, po czym widząc, że nie dostrzegam w lustrze swojego odbicia zreflektował się , podał mi okulary i ponowił pytanie.