2011/11/13

Machikane Festival 2011

Zrobiło się jesiennie.
Jeszcze kilka dni temu, przed minionym weekendem, Japonia serwowała nam temperatury rzędu 23-27 stopni oraz czyste błękitne niebo. Jesień funkcjonowała tu tylko i wyłącznie z nazwy, chociaż tubylcy z wielką powagą podchodzący do oficjalnych informacji, od samego jej początku przebrali się w swetry, kurtki i jesienno-zimowe buty. Najwyraźniej uznali, że temperatury bliskie letnim nie są wystarczającym powodem, by przeciwstawić się naturalnemu porządkowi rzeczy.
Oczywiście, nie uznaliśmy z Żoną za stosowne dostosować się do powszechnego trendu panującego wśród mieszkańców wysp, co oznaczało że kilka kolejnych dni budziliśmy ogólny szok i przerażenie. Prawdopodobnie biedna uniwersytecka dziatwa uznała, iż pochodzimy gdzieś z okolic bieguna, bo jak inaczej można wyjaśnić nasze jakże niestosownie letnie odzienie.
Potem nastąpił festiwalowy weekend.
Ciekawa rzecz, taki uniwersytecki festiwal. Dziesiątki małych straganów, na których członkowie różnorakich klubów (sportowych, kół zainteresowań itp.) przygotowują najróżniejsze, najczęściej nie wymagające wielkiego wysiłku ani nakładu finansowego, potrawy. Następnie „najładniejsze” lub „najprzystojniejsi” z członków klubu chwytają za ręcznie wykonane, zachwalające dany towar tablice reklamowe i wybiegają na główną uliczkę kampusu, by naciągnąć niewinnych przechodniów na zakup specjału, który przygotowali. Piszę „naciągnąć” bowiem spośród pięciu czy sześciu potraw na które się skusiłem, tylko jedna była warta swojej ceny. Reszta, albo przypominała moje własne gotowanie (czytaj: jadalne tylko jeśli jesteś w głębokiej potrzebie zapełnienia żołądka), albo podawana była w tak „gigantycznych” porcjach, że wróbel by się tym nie najadł. Ale festiwal, to festiwal. Żal było odmawiać, zwłaszcza, gdy na jedzenie namawiały mnie stworzenia o poniższej aparycji: 



lub, dla Pań...
Ci Panowie akurat reklamowali Dom Strachów.

Niektórzy, z żądzy pieniądza potrafili nawet przełamać swój genetycznie zakodowany strach przed korzystaniem z języka angielskiego i za jego pomocą skomunikować się z nie kumającym nic po japońsku białasem. Jak takim biednym, lekko przerażonym kruszynom odmówić? No jak? Na szczęście małżonka okazała się być dość dobrym buforem odstraszającym. Jak wszyscy wiemy, jej mina pt: „Jak podejdziesz to odgryzę ci nos i wyłupię oczy!” działa nie tylko na mieszkańców Azji.
Jedzenie nie było jednak jedyną rozrywką jaką serwowali nam studenci. Na dwu profesjonalnych scenach i trzech innych – improwizowanych, codziennie odbywały się koncerty, pokazy żonglerki, break-dance, tańca brzucha, występy komediantów, pokazy mody, wybory miss a nawet konkurs „najgorzej zaśpiewanej piosenki” (który miałbym szanse wygrać, gdyby nie to, że ostatecznie na niego nie dotarłem).
Na sam konkurs może nie dotarłem, ale na koncert, który po prostu musiał być nagrodą dla jego  zwycięzców już tak.
Tak bardziej serio, to zaintrygowała mnie tablica promująca owo wydarzenie, która wyglądała tak:



Jako, że znam słabość Japończyków do all-female kapel meta…eee, rockowych takich jak AldiousExistTrance, czy Mary’s Blood  pomyślałem, że będę miał okazję posłuchać i przede wszystkim zobaczyć coś podobnego. To jednak, co me oczy ujrzały, a moje uszy miały nieszczęście usłyszeć kompletnie mnie zaskoczyło… Kapela podczas występu wyglądała następująco:





Wygląd jeszcze jakoś bym przeżył. Tolerancyjny jestem, a w Japonii cross dressing nie jest tak straszliwie piętnowany jak u nas. W wersji „artystycznej” jest czymś całkiem normalnym i popularnym. Problem polegał na tym, że przez cały koncert moje uszy cierpiały…straszliwe, potworne męki. Nie wiedziałem, że ktoś równie umiejętnie fałszujący może stać się idolem tłumów. A nie, przepraszam, przecież widziałem koncert Evanescence.
Nie jestem w stanie opisać pełni bólu jaki wywoływały w estetycznej części mojej duszy, piski i jęki wydobywające się z gardła wokalisty. Nie było kawałka piosenki, która zaśpiewana by była czysto. Nawet jednej nutki. A wierzcie mi, że przy moim zdepniętym przez dinozaura uchu, trzeba wiele zrobić bym zauważył fałsz…
Na szczęście koncert, jak to koncerty mają w zwyczaju, skończył się. Nawet nie było bisów, choć zgromadzeni pod sceną, prawdopodobnie kompletnie głusi fani najchętniej poskakali by tam jeszcze z godzinę lub dwie. Pamiętajmy jednak, że byli to Japończycy w związku z czym, gdy powiedziano, że to już koniec, nie wrzeszczeli, nie gwizdali, nie domagali się kolejnych piosenek, tylko grzecznie się rozeszli do swoich zajęć. Heh, taka ich kultura.
Tak czy inaczej, po pseudo-rockowym występie, zostałem nagrodzony wizualną ucztą jaką niewątpliwie był taniec brzucha w wykonaniu grupy studentek z zespołu Halaawaat Belly Dance . Nie znam się specjalnie na tańcu brzucha. Nigdy nie widziałem oryginalnej wersji, więc nie mam punktu odniesienia by wydawać obiektywną ocenę, ale… z subiektywnego punktu widzenia, połączenie arabskiej (?), indyjskiej (?) muzyki tanecznej z elementami tańca nowoczesnego dało doprawdy odświeżający i na swój sposób olśniewający efekt.
Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie pstryknął kilku fotek:

Napadło mnie dzisiaj na zrobienie plakatu a la Sin City.




W sumie było ich koło 200. Zdjęć oczywiście. Pewnie jeszcze kilka pojawi się na sieci, zwłaszcza, że Żona również wykonała sporo zdjęć. Zapewne efekt będzie się systematycznie pojawiał na Imaginarium Photography na FB (właściwie, to już się pojawia).

Huh, warto było wyleźć z domu na wiatr, deszcz i szarugę. Ah, no tak… bo nie wspomniałem, że w czasie weekendu, temperatura nagle się obniżyła. Znacznie. Później było już tylko gorzej. Potem, z dwa dni słońca a dzisiaj, mamy zimną mżawkę, temperatura spadła do 5-10 stopni, ale jako że jest wilgotno, a do tego wiatr próbuje poprzewracać tutejsze domy, odczuwalna jest znacznie niższa. Można to czytać w następujący sposób: tyłek sobie odmrażam a wielkie okna, które robią za jedną ze ścian wcale nie pomagają.*

*Zakończenie powstało w środę, kiedy właśnie tak było. Wczoraj temperatura znowu podniosła się do 20+ stopni, a dzisiaj opadła do 15-16. Pogodo, zdecyduj się wreszcie!

2011/10/28

notka zdominowana kulinarnie

Japońskie słodycze są boskie. Owszem, zazwyczaj jest ich bardzo mało w pudełku, są drogie w cholerę ale rozpływają się w ustach i powodują, że masz ochotę odrzucić wszelkie zahamowania i otoczyć się słodyczami. Gdyby nie ograniczenia finansowe w tej chwili znajdowałbym się na prostej drodze prowadzącej do krainy Cookie Monstera. 

Nawet w tej chwili toczę straszliwy, rozdzierający bój z moją wolą, która za wszelką cenę stara się utrzymać mnie z daleka od szafki, w której spoczywa napoczęte już pudełko z ciasteczkami wypełnienionymi masą kasutādo, czyli z polskiego (?) custard. 

Wyobraźcie sobie miękkie, puszyste ciastko, którego serce skrywa rozpływającą się w ustach masę o delikatnym waniliowym posmaku, z lekkim prawie nie zauważalnym muśnięciem mleka i jajek. Albo sobie nie wyobrażajcie bo zaczynam przegrywać walkę ze swoim łakomstwem. 

Jestem pewien, że każda receptura tutejszych słodyczy zawiera w sobie tajny składnik uzależniający. Jak bowiem wyjaśnić fakt, iż w PL potrafiłem powstrzymać się przed jedzeniem słodyczy (jak wiemy sernik i lody to nabiał a nie słodycze) przez ponad rok, a tutaj już dwa dni postu sprawiają mi straszliwe męki?
Ale nie o słodyczkach miało być. Ostatnio obiecywałem informacje o maszynach do wszystkiego. Będzie tydzień jak obiła mi się o oczy informacja o maszynie do książek zainstalowanej na jednym z warszawskich dworców. Pomysł ciekawy, oryginalny tyle, że maszyna stoi tylko w jednym miejscu w kraju. Swego czasu słyszałem również plotkę, iż w JP stoją maszyny, w których można zakupić telefon komórkowy. Przyznaję, że jak na razie, mimo że wypatruje oczy za każdym razem gdy mijam ścianę maszyn, urządzenia takiego nie dostrzegłem. Zobaczyłem za to całą masę innych. 

Maszyny do napojów bezalkoholowych (zarówno zimnych jak i ciepłych – w tym moich ulubionych kaw) stoją wszędzie. Jest ich znacznie więcej niż bankomatów. Co 100 – 200 metrów można znaleźć co najmniej jedną wciśniętą pomiędzy miniaturowe domu, ustawioną na krawędzi chodnika, czy przy wejściu do dzielnicowego sklepiku. W miejscach, przez które przechodzi więcej ludzi czasami ustawiane są obok siebie maszyny różnych firm, tworząc wspomnianą wcześniej „ścianę maszyn”. Napoje bezalkoholowe to jednak tylko jedna z wielu możliwych zawartości tych urządzeń. Dotychczas widziałem również maszyny z piwem, papierosami, słodyczami, lodami a nawet zupami instant (przy kampusowym sklepiku). Nadal poluje na inne okazy.
Ściana maszyn (niewielka ale ściana) wygląda tak:

 Fotka wykonana telefonem. Za jakość przepraszam.

Dzięki niech będą duchom wszelakim, że są one nie tylko popularne ale i tanie, bowiem w obecnie panujących temperaturach (wahają się one od 20 – 26 stopni Celsjusza) i wysokiej wilgotności, bez dobrej, zimnej kawy za 100 jenów zapewne padł bym gdzieś na jednej z wąskich uliczek, podczas kolejnego górskiego odcinka niekończącego się tour de Nippon.

Jeśli już jestem przy napojach, to mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że w temacie win w Japonii widziałem już prawie wszystko. Widziałem Rothschilda-Pauillac wartego 168.000 jenów, stojącego w szafeczce, w kąciku winnym ekskluzywnego bo ekskluzywnego ale domu handlowego. Widziałem również znane mi z PL wina francuskie i argentyńskie w cenie 1000 jenów leżące dwa metry od wspomnianego Rothschilda. To jednak co sprawiło, iż uznałem że widziałem prawie wszystko, to okaz wina w puszce, którego zdjęcia niestety nie zrobiłem oraz następujący kwiatek:



Ok. Ja wiem, że w Europie podobno takich kwiatków znaleźć można znacznie więcej (i nie mówię tu o różnego rodzaju nalewkach), ale ludzie… wino w plastykowym woreczku, wino w puszce? Tego pierwszego nie broni nawet fakt, iż zostało wyprodukowane we Francji. To trochę tak, jakby zaczęli sprzedawać trufle instant albo książki wydrukowane na rolce papieru toaletowego. Nie żeby wino woreczkowe było niedobre. Średnia klasa średnia, jak ich setki stoja na półkach w Biedronce. Liczą się jednak jakieś zasady i porządek wszechświata!

Uparcie piszę, że widziałem „prawie” wszystko, bowiem czekam jeszcze na zakup i degustację wina rdzennego, o którym tubylcy nawet zrobili serial telewizyjny, a które nazywa się Tomi z winiarni Tominooka (serial nosił znamienną nazwę Kami no Shizuku czyli Boska Kropla). 

Z wieści z drugiego krańca alkoholowego świata; piłem wczoraj piwo, które ledwie na tę nazwę  zasługuje. Musiało to być tutejsze piwo studenckie. Wysnułem tę teorię zarówno ze względu na cenę (108 jenów wliczając podatek, gdzie tzw normalne piwa zaczynają się od 120-140 jenów), zawartość alkoholu (5%) oraz smak… Smak, który wykatapultował ów trunek na drugie miejsce pośród „najgorszych-pitych-piw-ever” a na pierwsze w kategorii „najgorszych-pitych-piw-ever-które-skończyłem”. W pierwszej kategorii od lat najwyższy stopień na podium zajmuje ciepłe piwo Huangshan (Chiny), którego pół butelki wylądowało w ścieku gdzie najprawdopodobniej wytruło całkiem sporo zarazków. Miałem wrażenie, że producenci Prime Draft Green zapomnieli dodać do niego słodu, chmielu…cóż, wszystkiego poza ryżem i alkoholem, a proces fermentacji „procesem” był tylko z nazwy. Za to miało całkiem sporo bąbelków. Piwo, którego należy unikać w Japonii wygląda tak:


Co ciekawe, po krótkich sieciowych badaniach odkryłem, że należy go również unikać w Korei ponieważ stamtąd właśnie pochodzi. Honor japońskiego browarnictwa został poniekąd uratowany.

To by było na tyle. Trzymajcie się i delektujcie polskimi browarami.

2011/10/21

piątkowe sprawozdanie teatralne

UWAGA: Zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem będzie o teatrze. To, tak gwoli ostrzeżenia.

Przetrwałem trzęsienie ziemi. Zabrzmiało groźnie, czyż nie? W sumie, to lepiej byłoby napisać „trzęsionko ziemi”, bowiem o mały włos, a nawet bym go nie zauważył. Fakt, wszystko w domu, wliczając autora trochę się pochybotało, ale akurat w czasie wstrząsów całą moją uwagę zajmowała rysowana właśnie mapa. Na szczęście, mam niezwykle czuły touch pad, na który zachwianie podłogi i stołu wpłynęło wystarczająco, bym narysował krzywą linię i z przekleństwem na ustach wrócił do rzeczywistości, by sprawdzić, co się dzieje. Wstrząsy trwały jakieś 5-10 sekund. Żona potwierdziła – nie były wynikiem przejeżdżającego w okolicy pociągu wyładowanego stalą (jak w Chinach w 2007, gdy myślałem, że Gaochengiem targają trzęsienia ziemi) tylko efektem prawdziwego stu procentowo potwierdzonego trzęsienia. Niecałe 2 stopnie. Tubylcy grający pod oknem w tenisa ziemnego nawet nie przerwali gry. Przypuszczam, że dla nich tak niewielkie zdarzenie natury sejsmicznej dodaje pikanterii rozgrywce.

Ale mogę z czystym sumieniem napisać, że pierwsze trzęsienie ziemi za mną.

W ciągu ostatniego tygodnia przetrwałem również kilka innych wydarzeń. Ba! Nie tylko je przetrwałem ale i całkiem nieźle się bawiłem.

Jak zapewne niektórym z czytelników wiadomo, Żona moja naukowo zajmuje się japońskim teatrem muzycznym Takarazuka (宝塚歌), którego – w prostych słowach pisząc- główną cechą charakterystyczną jest fakt, iż wszystkie role (bez względu na to, czy męskie czy żeńskie) grają kobiety. Jest to teatr niezwykle elastyczny, który tematycznie czerpie zarówno z klasyki literatury (Shakespear, Goethe, Puszkin, Dickens), z filmu (Casablanka, Bonnie & Clyde), z musicali zachodnich (Elisabeth, Guys and Dolls, The Scarlet Pimpernel), z klasyki japońskiej (Genji Monogatari) ale również tworzy, rękoma zatrudnionych pisarzy, własne scenariusze. Wszystko podane w bogatej oprawie muzyczno wizualnej (takiej sceny jak w Takarazuce nie powstydziłby się, żaden teatr w Pl, a przypuszczam, że wielu dyrektorów polskich teatrów dałoby sobie uciąć za nią rękę).

Obcując z materiałami Żony, chcąc nie chcąc, nawykłem zarówno do kobiet udających mężczyzn, śpiewających niższymi głosami niż mój własny, jak również do całej tej „magiczno-fanowskiej” otoczki, jaka wokół teatru, a przede wszystkim wspomnianych powyżej aktorek grających role męskie (otokoyaku) funkcjonuje. A musicie wiedzieć, że szaleństwo jakie ogarnia starsze panie, do późna w nocy oczekujące na swoją ulubioną aktorkę pod drzwiami teatru by wręczyć jej list/drobny prezent/popatrzeć na nią, na nasze standardy można porównać tylko do szaleństwa kobiet o wiadomych nakryciach głowy, wyczekujących na łaskawe spojrzenie pewnego Ojca-Dyrektora. Z dwojga złego zdecydowanie preferuję wersję japońską.
Tak czy inaczej, przyzwyczaiłem się. Aktorki, bardzo często są bardzo ładnymi kobietami (nawet gdy wyglądają jak mężczyźni, ale z tym wiąże się inna opowieść), do tego, mimo iż nie jestem ogromnym fanem musicali, czasami lubię spędzić czas słuchając i oglądając tego typu spektakl*.

Ostatniego poniedziałku, miałem okazję by udać się na obiad, na którym główną atrakcją była aktorka Takarazuki. Nie była to co prawda, tak zwana top star (największa gwiazda) swojej grupy. Kobieta, z którą w otoczeniu konklawe wiedź.., ekhm miłych starszych pań, się spotkaliśmy była „zaledwie” second star (gwiazda, która w hierarchii trupy znajduje się na drugim miejscu) musumeyaku (aktorka grające role żeńskie). Zaszczyt ów spotkał nas prawdopodobnie tylko dlatego, że Żona – w mojej ocenie – uzyskała wśród starszych pań rządzących fanklubami aktorek status swego rodzaju celebryty/naukowca. Co za tym idzie zdobyła przywileje dostępne niewielu spośród prostych śmiertelników.
Spotkanie było… naprawdę przyjemne. Oczywiście, dużo smacznego jedzenia i picia jakie się na nim pojawiło mogło wpłynąć na mą ocenę; fakt, iż jako hmm, gość traktowany byłem z ekstra uprzejmością – również, ale ogólnie rzecz ujmując było bardzo miło.
Aktorka siedziała sobie po środku, na honorowym miejscu i z uśmiechem odpowiadała na każde zadane pytanie. Co prawda przy moim ograniczeniu komunikacyjnym związanym z brakiem odpowiedniego poziomu języka japońskiego nie mogę być tego pewien, ale odnosiłem wrażenie, że część pytań zadanych przez starsze panie było pytaniami, na które doskonale znały one odpowiedź, aczkolwiek chciały usłyszeć ją z ust musumeyaka. Równie radośnie wzięła udział w sesji zdjęciowej z każdym z uczestników obiadu (wliczając w to moicrappy zdjęcie wykonane komórką), oraz w składaniu autografów na licznych podsuniętych jej pod nos programach. Widać było po niej zmęczenie ( przed naszym spotkaniem brała udział w poniedziałkowych przedstawieniu), ale mimo to dzielnie bawiła towarzystwo rozmową.
Nawet teraz jak o tym pomyślę, cały czas kojarzy mi się to z jakąś formą sabatu czarownic znęcających się nad młodą dziewczyną – a przecież nikomu krzywda się nie stała. Ba! Aktorka, w podzięce za stracony czas, otrzymała od starszych drobny acz wartościowy podarunek.
Na koniec spotkania obiecano mi, iż na wtorkowym przedstawieniu, na którym mieliśmy siedzieć w drugim rzędzie aktorka puści do mnie „oczko”. Prawdziwe szaleństwo.

Tak, tak. Wtorek ponownie upłynął pod znakiem Takarazuki. Drugi rząd. Z dwa metry od pomostu będącego częścią sceny (którego nazwy po japońsku nie wspomnę). Wbity w garnitur, z Żoną ubraną w wieczorową suknię – w końcu teatr to teatr – zasiedliśmy wygodnie by cieszyć się wszystkim co na i poza sceną ma zamiar się pojawić. Nie trzeba pisać, że już samym kolorem skóry wyróżnialiśmy się w tłumie czarnowłosych i ciemnookich Tubylców. Inna sprawa, że ubiorem również, bowiem z jakiegoś powodu Mieszkańcy Wysp, nie uznają wyjścia do teatru za wystarczający powód do założenia stroju wyjściowego/eleganckiego.
Spektakl – jego właściwa część – była nudna jak flaki z olejem. Opowieść obyczajowa o włoskim producencie garniturów, który zmaga się z problemem modernizacji i komercjalizacji swojego produktu, odkrywa iż odszedł daleko od ideałów, w które mierzył przez wszystkie lata swojej pracy, połączona z ledwo zarysowanym wątkiem miłosnym niczym mnie nie porwała. Kompletnie. Nie warto o nim pisać. Dobrze, że trwał on tylko półtora godziny.
Za to następująca po nim rewia... To było mistrzowskie połączenie tańca, śpiewu, krótkich acz bardzo jasnych w swym przesłaniu historyjek, galerii kolorowych strojów (z jednej strony zahaczających o kicz ekstremalny a z drugiej o klasyczny artyzm) i nastrojów budowanych za pomocą oszczędnej scenografii i doskonałej kompozycji świateł. Do tego, aktorki – wliczając w to top star ­– w przeciwieństwie do samego przedstawienia, podczas którego, wpatrywały się w niebyt nawet jeśli ich oczy skierowane były prosto w widza, w czasie rewii dość często nawiązywały kontakt wzrokowy, uśmiechały się, a nawet machały w stronę widowni. Dość powiedzieć, że w ciągu półtorej godziny rewii załapałem się na trzy „oczka”**, jedno delikatne machnięcie oraz nieprzeliczone uśmiechy. Prawdopodobnie było ich więcej, niż tych, które Małżonka uzyskała przez kilka ostatnich lat. True story. Cóż, dobrze jest pójść na przedstawienie z Mężem, który jest na tyle inny od Tubylców (widowni w 90% żeńskiej), że przyciąga spojrzenia – nawet jeśli wygląda jak jakieś wielkonose, obce dziwadło.
Taak, to była naprawdę dobra rewia, która z nawiązką wynagrodziła mi marność przedstawienia.
Człowiek jednak doprawdy musi się skupić na tym, co ogląda. Szczególnie tutaj, w Japonii, gdzie najwyraźniej chłopcy w wieku 18-25 lat uznali, że to co pociąga kobiety to posunięty do granic przesady metroseksualizm. Pewnie tylko dlatego otokoyaku na scenie naprawdę mogą przypominać japońskich mężczyzn. Upudrowane, wymalowane, z włosami wymodelowanymi w fryzury z okładek magazynów mody, o rękach i nogach grubości patyków i absolutnie bez żadnego zarostu. Tiaa… dodać jeszcze torebkę i niczym nie będą się różnić od chłopaków krążących wieczorem po ulicach Osaki.

Co za tym idzie? Anegdotka… Jak to bowiem jest, że oglądając przedstawienie, spoglądam na kobietę ubraną w sceniczną adaptację włoskiego garnituru i stwierdzam, że zawżdy ma ona ładną dolną część pleców. Sekundę po tym mój mózg mówi mi: „Dlaczego gapisz się na tyłek faceta?”, po czym mija kolejna chwila zanim dochodzi do mnie: „A nie, wszystko w porządku, przecież to kobieta przebrana za faceta.”
To naprawdę może być mylące.

Aha, zapomniałem napisać – spektakl nosi nazwę „Classico Italiano” (クラシコイタリアーノ), rewia natomiast… uwaga, uwaga: „Nice Guy!!”. 

A plakat wygląda tak:

To by było na tyle w temacie przydługiego postu o Zuce.
O tym, dlaczego w temacie wina widziałem już wszystko i jak Star Wars wpłynęło na moją obecną rzeczywistość napiszę później. O maszynach do wszystkiego – również.    

*Wyjątkiem jest oczywiście Les Miserables, którego słuchać i oglądać mogę nieustannie.
**Nie wiem które z „oczek” wysłała mi spotkana aktorka. O ile jeszcze podczas spektaklu właściwego Żona mi ją wskazała, o tyle w czasie rewii zlała mi się z pozostałymi aktorkami. Makijaż sceniczny naprawdę zmienia ludzi.

2011/10/14

o naturze jet lagu i indolencji językowej

Zespół nagłej zmiany czasowej (ang. jet lag syndrome)zespół objawów pojawiający się w trakcie podróży w kierunku równoleżnikowym ( wschód-zachód ) związany ze zmianą strefy czasowej.
Objawy: zaburzenia snu, niemożność skupienia uwagi, krańcowe zmęczenie, zaburzenie apetytu i zaburzenia żołądkowo-jelitowe, złe samopoczucie, dezorientacja, senność, ból głowy.*

Jedna godzina różnicy pomiędzy chińską a japońską strefą czasową definitywnie mnie wykańcza. Wydawać by się mogło, że po wielokrotnym doświadczeniu chińskiego jet lag’u, mój organizm bez problemu powinien dostosować się do życia na Wyspach. W rzeczywistości, od tygodnia męczy mnie nieustanna senność, problemy ze skupieniem (aczkolwiek ta przypadłość pojawiała się również w Pl), zmęczenie, ataki złego samopoczucia oraz niczym wisienka na torcie … zaburzenia żołądkowo-jelitowe. „Zaburzenia” to ładne i delikatne słowo, które w żaden sposób nie oddaje sprawiedliwości temu, co japońska flora bakteryjna wyprawia z moim żołądkiem. Ponownie – wydawałoby się, że po tym co jadłem i piłem w Chinach, już nic nie będzie mogło mnie zmóc.
Na własny użytek, stworzyłem teorię, wedle której mój żołądek stał się polem zaciętych walk pomiędzy różnorodnymi skośnymi bakteriami. Wszyscy bowiem wiemy jak głęboko-zakorzenioną „miłością” darzą się Chińczycy i Japończycy. Myślę, że owa uczucie już dawno przekroczyło granice umysłu czy nawet genetyki i przeniosło się na poziom cząsteczek powietrza i kolonii bakteryjnych. To, że moje jelita od dawna są siedzibą chińskiej kolonii bakteryjnej wiem już od lat wielu, tyle że nie przypuszczałem, iż wyspiarskie bakterie natywne zamiast znaleźć sobie przytulny kącik w bądź co bądź sporych narządach, zadecydują o dokonaniu inwazji… Okrutnej, brutalnej, bolesnej inwazji.
I tak oto – jak zauważyła Małżonka – dwa spośród ostatnich sześciu dni „zbijałem bąki”. Zupełnie dosłownie.
Ale dość o przypadłościach natury gastrycznej.

Mam już własną, wielką komórkę**, konto i kartę bankową, ubezpieczenie medyczne, oraz tymczasową kartę pobytu. Figuruję już w różnorakich japońskich systemach. Jestem w sieci. Co ciekawe, załatwienie tego wszystkiego zajęło nam jeden dzień. Właściwie, to nawet nie jeden dzień, ale dwie, trzy godziny, podczas których niezwykle uprzejmi urzędnicy z cierpliwością i uśmiechem na ustach wyjaśnili nam co i dlaczego oraz wskazali jak mamy wypełniać poszczególne papiery. Najdłuższe opóźnienie spowodowane było problemami z odczytaniem i wbiciem do systemu naszych imion i nazwisk, które mimo, że wpisane w katakanie***, sprawiają tubylcom sporo problemów. 

Brakuje mi jeszcze tylko roweru oraz pozwolenia na pracę i jestem gotowy do funkcjonowania na Wyspach.
No może nie do końca.

Język mnie dobija. Właściwie fakt, iż go nie znam mnie dobija. Dawno już bowiem, nie byłem w kraju, w którym nie rozumiałem ludzi rozmawiających wokół mnie. Prawda: portugalskiego ani greckiego też nie znam, ale tam zawsze mogłem podeprzeć się angielskim, a poza tym w Brazylii i Grecji byłem na krótko i nie miałem czasu na samodzielne wędrówki.
Tutaj jest troszkę inaczej. Małżonka dzień w dzień gania z jednego teatru do drugiego, w tak zwanym międzyczasie zagląda na swoje zajęcia, uczy się wydawać dźwięki oraz wojuje z chińskim. Ja natomiast krążę po okolicznych uliczkach i drażni mnie, że nie rozumiem co ludzie do mnie mówią. Dzięki losowi, że tutejsze kanji**** praktycznie nie różnią się od dobrze znanych mi chińskich znaków. Na szczęście, pojawiają się one prawie na każdym znaku, tablicy informacyjnej, na przedmiotach codziennego użytku, jedzeniu czy piciu. Człowiek zaraz czuje się pewniej, gdy patrząc na rząd buteleczek zawierających białe kryształki rozpoznaje znaki oznaczające „sól”. Gorzej, gdy opis wykonano w katakanie, bowiem mimo, iż uczyłem się jej już chyba z cztery razy, nadal odszyfrowanie napisu zajmuje mi… powiedzmy – zdecydowanie za dużo czasu. Do tego nie zawszę łapię, co człek miał na myśli zapisując dane słowo. Z założenia mają one brzmieć po angielsku, ale najczęściej,  dopóki nie odczytam danego napisu szybko i na głos, dopóty nie dociera do mnie jego warstwa znaczeniowa. Najbardziej drastycznym przykładem mojej indolencji językowej, było słowo グリーン, które odczytuje się guriin***** , na które gapiłem się niczym sroka w kamień, powtarzając je po cichu przez dobre 5 minut, zanim Małżonka nie znudziła się czekaniem i nie odczytała mi go głośno. Guriin … taaak… i fakt, że znaki były zielone, absolutnie nic mi pomógł. Taak.
Na szczęście, moja niegdyś nabyta wiedza na temat japońskiego, z pomocą Żony, tubylców i organizowanych przez tych drugich zajęć dla obcokrajowców pomału się odradza. Może już niedługo, będę w stanie powiedzieć więcej niż: „Tak!”, „Nie!”, „Dziękuję”, „Nazywam się….” itd. I może nawet chiński nie będzie mi się wpierdzielał wszędzie, gdzie tylko pojawią się znaki.

Póki co, wszystko co nie gra zwalam na jet lag******.

Chłonę sobie powoli inszość Wyspiarzy. Chłonę i dyskutuję z Żoną (bądź zadaję jej denerwujące pytania)  na temat japońskiej chęci uczestniczenia w wolontariatach, wydarzeniach kulturalnych, imprezach zbiorowych itp. Cieszę się jak dziecko, widząc malucha jadącego na rowerze, który w czasie mijania każdego przechodnia krzyczy coś na kształt „Dzień Dobry! Przepraszam!” Nie potrafię opanować zdumienia, przyglądając się samochodzikowi, który aby stanąć w mikro-garażo/miejscu postojowym, w którym się znajduje musiałby wjechać do środka bokiem. Pluję sobie w brodę za każdym razem gdy widzę coś ciekawego, a nie mam przy sobie aparatu. Ale nie ma co się spieszyć, jeszcze zdążę się nachłonąć i nadziwić. Byle by się żołądkowa wojna wreszcie skończyła. 

Podsumowując: żyję, mam się prawie dobrze, nadal walczę z jet lagiem oraz własną ignorancją. „Zbijam bąki” tylko co drugi dzień.


Ps. Uwielbiam maszyny do napojów.

*za Wikipedią.
**Swoją drogą ciekawe – jak na naród uwielbiający miniaturyzowanie różnych rzeczy, telefony komórkowe robią gigantyczne. Z drugiej strony, jak Żona zauważyła, jeśli montujesz w niej internet, telewizor, bank, czytniki różnych dziwnych rzeczy itp. itd. to potrzebujesz miejsca, żeby to wszystko jakoś funkcjonowało.
*** katakana -jeden z dwóch japońskich systemów pisma sylabicznego . Drugim z nich jest hiragana. Każdemu znakowi katakana odpowiada znak hiragana.
Katakana jest używana głównie do zapisywania: nazw własnych pochodzenia obcego; słownictwa zapożyczonego z języków zachodnich; wyrazów dźwiękonaśladowczych; nazw zoologicznych i botanicznych; podkreśleń, nacisków (w języku polskim używamy czcionki pochyłej, spacjowania albo wytłuszczenia). (za: Wikipedia)
**** kanji - nieuproszczone znaki japońskie pochodzenia chińskiego - inaczej mówiąc "japońskie krzaczki/domki" dla odmiany od "chińskich krzaczków/domków".  
***** Być może w transkrypcji Hepburna zapisuje się to nieco inaczej, ale chodzi mi o to by czytelnik nie będący lingwistą również złapał o co chodzi.
****** Aczkolwiek, podobno okres dostosowania się organizmu maksymalnie winien trwać tyle dni, ile godzin różnicy czasu zaistniało. Oznaczałoby to ni mniej ni więcej, że od jutra powinienem funkcjonować na pełnych obrotach. Nie będzie już żadnej wymówki, żeby dłużej pospać. Snif.

2011/10/05

odliczanie rozpoczęte

   Nadszedł czas. Już tylko kilkadziesiąt godzin dzieli mnie od pokładu samolotu Luftwaffe. Kolejne kilkanaście spędzę w powietrzu racząc się niezbyt wykwintnym jedzeniem serwowanym przez linie lotnicze oraz filmami, które mają za zadanie odciągnąć moją uwagę od faktu, że znajduję się jakieś dziesięć tysięcy metrów nad ziemią. Twardą i niezbyt gościnną ziemią.
   Zabawne. W ciągu ostatnich dwu, trzech lat wykonałem około pięćdziesięciu lotów i przyznam szczerze, że lubię to; a jednak za każdym razem, gdy wyglądam przez zmrożone okienko na odległą ziemię, na której niewielkie samochody krążą po wąziutkich ulicach zastanawiam się jak niewielkie szansę na przeżycie bym miał, gdyby nagle odpadło skrzydło. Czy całe moje życie przeleciałoby mi przed oczyma? A może jedyną rzeczą, o której bym myślał byłoby: „Kur..! Kur..! Kur..! BAM!”.
   Nie warto jednak być pesymistą. Ostatecznie więcej ludzi ginie w wypadkach samochodowych niż w katastrofach lotniczych. Prawda?
   Tak czy inaczej, pakuję walizki i ruszam na wschód. Jak wszyscy wiedzą, tam musi być jakaś Cywilizacja. Przez duże, super zaawansowane technologicznie „C”. Do tego, jest to Cywilizacja, której absolutnie nie znam i nie rozumiem. Podobno, w całkiem pokręconej linii pochodzi ona od tej, całkiem nieźle mi znanej (i szczerze mówiąc lekko znienawidzonej) cywilizacji Państwa Środka. Istnieje jednak jedna, dość istotna różnica. Wyspiarze, nie zostali skażeni (ironicznie to zabrzmiało, czyż nie?) pięćdziesięcioma latami życia – choć chyba powinienem był napisać trwania – w „jedynym słusznym ustroju”. Wytworzyli więc swoje własne, unikatowe zboczenia, psychozy i szaleństwa, z którymi bardzo chętnie się zmierzę. Żona twierdzi, iż obserwowanie sinologa zderzającego się z japońskim murem ma być doprawdy przezabawne. Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni.
   Tymczasem toczę swój prywatny pojedynek z kieszeniami pod-przestrzennymi, które ni cholerę nie chcą się wytworzyć we wnętrzach walizek. Wygląda na to, że z wiekiem człowiek potrzebuje coraz więcej drobiazgów, które skutecznie wypełniają bagaże. Jakieś buty, spodnie, notatniki, zeszyty garnitury oraz metr sześcienny rzeczy-wszelakich zleconych przez Żunę sprawia, że od dwu godzin wyrywam sobie włosy z głowy próbując opanować logistykę mojej podróży. Przydałby się jakiś program służący do planowania załadunku.
   Odliczanie rozpoczęte. Na zegarze trochę ponad 31 godzin. 


2011/09/01

Trochę o tym i tamtym ...

… czyli daję znak życia.

Z wieści istotnych – wczoraj, po dwu latach i dziewięciu miesiącach pracy zakończyłem współpracę z moją firmą. Ciekawe uczucie. Zeszło ze mnie całe ciśnienie - a przynajmniej jego większość, bowiem nadal zdarza mi się pomyśleć o czymś, co ktoś miał gdzieś dopilnować. Wreszcie nie martwię się tym, co po drugiej stronie świata spierdzieli jakiś skośny, nie przejmuję się, że ten czy inny statek spóźni się o tyle i tyle dni. Świat zaraz wydaje się lepszym miejscem. Teraz, mogę w spokoju przygotowywać się do lotu na odległe, wschodnie wyspy.
To już niedługo. Za trochę ponad miesiąc wsiądę do samolotu Luftwaffe i zahaczając o Frankfurt i Monachium pofrunę do Osaki. Ale będzie jazda. Łączę z tym wyjazdem naprawdę sporo nadziei. Pytanie, czy plany, które chodzą mi po głowie uda się zrealizować??!! A to przecież ostatnia szansa (realistycznie patrząc na Świat i Rzeczywistość) by naumieć się japońskiego, napisać w spokoju Książkę-Która-Ma-Uczynić-Mnie-Sławnym-I-Bogatym, zostać fotograficznym geniuszem i inne takie tam. Tak czy inaczej, na tę chwilę przepełnia mnie optymizm na skalę niespotykaną w moim przypadku.

Również przepełnia mnie chęć do zrobienia … czegoś. Póki co, realizuje się ona w kolejnej przygodzie do ED RPG, która wylewa się ze mnie szeroką i wezbraną falą. Dawno już nic nie sprawiło mi tak niesamowitej frajdy i co ważniejsze nie odciągnęło mnie od przekleństwa, jakim są seriale. Już za tydzień będę mógł wypróbować swoje koncepcje na niczego nie spodziewających się graczach. No, może nie są aż tak nieświadomi – jednemu zdradziłem, iż ostatnią lekturą, którą pochłonąłem była „Zagłada Czarnej Kompanii” Glena Cooka, a jak wszyscy grający ze mną wiedzą książki, które czytam często wkradają się podstępnie do akurat pisanych scenariuszy, co nie zawsze dobrze kończy się dla PC. Zobaczymy za półtora tygodnia.

A skoro już o RPG mowa, to udało mi się być na konwencie Polcon 2011. Ba! Udało mi się nawet wziąć udział w dwu połówkach prelekcji oraz rozdaniu Nagrody im. Zajdla. Piszę o połówkach, bowiem ani na spotkaniu z J. Dukajem, ani na warsztatach creative writing z Pat Cadigan nie udało mi się wytrwać do końca. Jeśli chodzi o pierwsze – po prostu było nudne. Pan Jacek powinien pozostać przy zwyczaju nie odwiedzania konwentów. Niechaj pisze książki i daje się podziwiać z daleka.

O drugim punkcie programu, na który naprawdę mocno liczyłem muszę jednak napisać kilka słów. Pani Pat Cadigan jest osobą bardzo miłą, pisze również świetne książki, ale… ale powinna zmienić tłumacza. Chociaż może się mylę, może ten człowiek nie był tłumaczem a prowadzącym te warsztaty. No, tak… tłumaczem na pewno nie był. Gdybym wykonywał swoją pracę w taki sposób, w jaki on ją wykonywał, wyleciałbym z każdego tłumaczenia i to z prędkością większą niż ta, którą osiągnął S. gdy po wyrażeniu swojego niezadowolenia z poziomu tłumaczenia opuścił rzeczone spotkanie. Nie chodzi nawet o brak znajomości języka, bowiem pan tłumacz/redaktor/cholera wie co, język autorki znał całkiem nieźle. Niestety najwyraźniej nie docierało do niego, iż nie jest gwiazdą spotkania. Nie docierało również to, że ludzie przyszli posłuchać światowej sławy autorki, a nie jego dygresji na temat tego, kogo spotkał, z kim pił kawę, jak on widział wspomniane warsztaty itd. Tak bardzo na tych swych dygresjach był skupiony, że uciekała mu treść słów wypowiedzianych przez Panią Cadigan – słów, po które przyszliśmy na spotkanie. Ja rozumiem, że można pomylić się/ przemilczeć coś raz… może dwa, ale jeśli całe spotkanie na tym polega, człowiekowi mają prawo puścić nerwy.  Nawet nie chodzi o osoby, które znają język i cierpią słuchając wszystkich przeinaczeń. Ostatecznie one mogą czerpać z oryginału. Problem polega na tym, że osoby, które angielskiego nie znały musiały przyjąć jego tłumaczenia na dobrą wiarę. Niestety (dla tłumacza) nawet największy lingwistyczny ignorant prędzej czy później zorientuje się, że coś, co kobiecie zajęło pół minuty, nie może być tłumaczone przez pięć… 

Jak się okazało w przerwie – najwyraźniej spora liczba osób opuszczających spotkanie wraz ze mną i Mo, zdanie miała bardzo podobne.

Ale, ale… Polcon uważam za udany. Ot, napiłem się piwa ze znajomymi, posiedziałem z tuzami fandomu, zjadłem tartę w miłym towarzystwie, pooglądałem jak młodzież bawi się kostiumami. Jak na dziadka – całkiem nieźle.
To tyle na tą chwilę.
Oddaje się RPG.
Miłej nocy wszystkim życzę.

2011/07/20

Zło, czyli książka, która się skończyła...


Skończyłem „A Dance with Dragons” G.R.R. Martina. Ot, prezent urodzinowy, jaki zakupiłem sobie (dłuższą chwilę przed faktycznymi urodzinami). Taka, tradycja. Od kilku lat, regularnie w okolicach tego dnia zaglądam do księgarni i odnajduję tytuł, który nie dość, że zazwyczaj jest dość drogi, to często jest napisany w barbarzyńskim języku. Przez kilka lat pani Rowling dostarczała mi odpowiednich książek (jakoś zawsze trafiało się na premierę Pottera). Potem był jakiś Dukaj. Ten rok należał do Martina.
Nie jestem zadowolony.
Nie, nie napiszę, że jest to słaba książka. Kłamałbym prosto w ekran. Jest to jednak książka, która w pewien sposób przypomina mi czwartą część sagi o Wiedźminie. Musiała zostać napisana, żeby pewne wątki zamknąć. Musiała zostać napisana, żeby pociągnąć fabułę. Musiała zostać napisana, żeby zmieścić to, co nie zmieściło się w tomie poprzednim.  Tyle, że nie popchnęła niczego naprzód.
Wiadomo, że jestem fanem RPG, co oznacza, że podoba mi się każda książka, w której dobrze, szczegółowo opisany jest świat. Martin doskonale kreuje swoje uniwersum. Tworzy wizję tak realistyczną, że w pewnych fragmentach opis świata praktycznie zastępuje akcję.
Jednak pozostaje niedosyt. Fabuła się ciągnie. „A Dance with Dragons” przypomina mi bardziej kronikę, niż książkę fabularną, choć autor zakończył ją w taki sposób, że oczywiście będę z niecierpliwością wyczekiwał na kolejny tom. Sprytnie doprowadził wszystkie wątki do miejsca, w którym wiele rzeczy musi się zdarzyć ale… za rok? Dwa? Pięć? Kto wie?
Co mnie naprawdę cieszy, to fakt, że Martin w przeciwieństwie do Rowling powstrzymał się przed pisanie „pod film/serial”.
Nie pozostaje mi nic innego jak czekać.

Z innej beczki, czyli druga część notki…
Zastanawiałem się ostatnio nad ideą idola. Może niekoniecznie idola w postaci znanej nam z TV i popkulturowych programów… Raczej idola zbliżonego znaczeniem do „ideału”, „osoby, na której się wzorujemy”, „osoby, którą podziwiamy”. Myślałem o tym, oczywiście we własnym kontekście i odkryłem, że od czasów maleńkości w moim życiu idole nie funkcjonowali.
W dniach, gdy wiek mój nie zbliżał się nawet do liczby zaczynającej się od cyfry „2”, wierzyłem, że niejaki Ruud Gullit (piłkarz holenderski) był moim wzorem. Chciałem grać tak jak on (brak umiejętności utrudnił sprawę), być członkiem drużyny i zawsze dawać z siebie wszystko. To było dobre i po części zadziałało. Tyle, że był to ostatni człowiek, którego postawiłem na piedestale. A przecież od tego czasu dorosłem, odkryłem wiele innych dziedzin życia, natrafiłem na różnorodne osobowości –  nikt nie dostąpił zaszczytu zostania idolem.  Wzorce umarły i przestały funkcjonować.
Czyżby?
Czy to tylko „Ja”, czy też znak czasów? Czy nie ma nowego Zawiszy Czarnego? Czy Neil Gaiman nie zasługuje na taką pozycję? Czy Sting nie może zostać przykładem? Dla mnie… nie. Czy jednak ta zaraza rozlazła się na innych?
Zastanawiam się, Drodzy Nieliczni Czytelnicy… Czy ktoś z was ma w swoim życiu osobowość, która jest przykładem, wyznacza cel? Doprawdy, ciekawym.

2011/07/17

...

-32-

Kolejny rok minął. Następny się zaczyna.

2011/07/06

Kilka słów o głupocie.

Oglądając seriale (w ilościach znacznych) oraz czytając książki (w ilościach przekraczających znaczne) zwróciłem uwagę na jeden, niezwykle istotny element fabuły. Element, który popycha historię, tworzy opowieść , niezwykle wkurza przeciętnego użytkownika i wreszcie sprawia, że człowiek pożywiając się daną historią zapodaje sobie facepalm za facepalmem zastanawiając się, czy scenarzysta/pisarz naprawdę nie miał lepszego sposobu na urozmaicenie swojej opowieści.

Element ten należało by nazwać… Idiotą. Głupkiem.  Durniem. Młotkiem… Człowiekiem płci jednej lub drugiej, który z jakiegoś powodu musi zrobić, powiedzieć, zinterpretować coś w sposób, na który człowiek przy zdrowych zmysłach  nie zrobiłby nigdy. 

Oczywiście, można przyjąć, że owe indywidua mają problem z zachowaniem normalności. Można również przyjąć, że z założenia są bezgranicznie głupi. Fakt pozostaje – bez ich działań (lub ich braku) fabuła się nie skomplikuje i nie stanie się ciekawa. Co by było bowiem, gdyby w przeciętnym horrorze główny bohater uznał, iż nie ma sensu się rozdzielać (może był graczem RPG i nauczył się, że w pojedynkę bohater zawsze ginie), tylko w grupie stawić czoła niebezpieczeństwu…; co by było, gdyby zamiast uciekać na szczyt wieżowca, ktoś wpadłby na pomysł by ukryć się w szafce a następnie spróbować ucieczki na zewnątrz; co by wreszcie było, gdyby w świecie, w którym funkcjonują wampiry bohaterka zmusiła się do poczytania legend i książek o tychże?

Bardzo możliwe, że wybraliby „rozsądne wyjście” i żyli długo i szczęśliwie. I książka/serial byłyby zakończone. Duuużo za wcześnie. 

Czyli, podsumowując – w każdej fabule potrzebny jest jakiś kompletny głupek. Zupełnie jak Wielki Zły (który, często czyni zło… bo może), Wielki Dobry, Niezwykła Piękność, Młody Bohater (czyli od zera do bohatera) oraz mój ulubiony – występujący głównie w japońskim Anime (ale nie tylko) – Wspaniały Luzak (cool guy). 

Przy okazji wpadło mi do głowy, że mógłbym stworzyć sobie listę ulubionych (albo najmniej lubianych):
Kompletny Głupek:  Sookie Stackhouse (True Blood), Hiro Hiroshi (Heroes)
Wielki Zły:  Feyd-Rautha Harkonnen (Diuna), Cersei Lannister (Game of Thrones), Darth Vader (SW), Pani (Czarna Kompania)
Wielki Dobry: Aragorn (LOTR),Cpt. Jack O’Neill (SG:1),Geralt (Wiedźmin), Gandalf (LOTR) 
Niezwykła Piękność:  Valeria (Conan the Barbarian), Luthien (Silmarilion), Number 9 (Battlestar Galactica)
Młody (Głupi) Bohater: Luke Skywalker (SW),  Bastard (Uczeń Skrytobójcy), Neo (Matrix)
Wspaniały Luzak: Marcus Cole (Babylon 5), Han Solo (SW), Diarmuid (Fionovarski Gobelin)  
No i jeszcze jest Kane!.

Ot ciekawostka... pisałem  o głupkach, a jak zacząłem myśleć nad takimi, których mógłbym wymienić - wszyscy umknęli z mojej głowy. To pewnie cecha owych. Mają zrobić coś głupiego i... zginąć lub odejść w niepamięć.

2011/06/27

Krótka notka o zmieniających się erach...

W drodze do pracy dopadło mnie dziś Wspomnienie. Wspomnienie owo, tyczy się czasów sprzed pewnej ery, dokładniej rzecz ujmując – z czasów przed moim pierwszym wyjazdem na Daleki Wschód. Była to bowiem epoka bzyczącego internetu budzonego przy pomocy zaklęcia 0202122 o zawrotnej prędkości, która pozwalała zrobić sobie kawę i przeczytać rozdział książki, zanim komputer zorientował się, że udało się otworzyć  stronę sieciową. Była to również epoka telefonów stacjonarnych – podłączonych kablem do ściany i świata (w razie, gdyby jakimś cudem na notkę trafili czytelnicy urodzeni w XXI wieku) oraz gier, do których przeniesienia z jednego PC na drugi wymagano dyskietek w ilości hurtowej.
Wreszcie, był to czas listów wysyłanych z odległych wiosek i miasteczek Państwa Środka, z rzadka tylko zastępowanych okazyjnym mailem, który sam w sobie również miał strukturę porządnej, przemyślanej korespondencji.

Było to zaledwie dziesięć lat temu.

Wspomnienie dotyczyło szoku, jakiego doznałem po powrocie do kraju, gdy zorientowałem się, że co drugi student paraduje z własnym telefonem komórkowym, a co trzeci chwalił się szybkim łączem na uczelni lub w domu. W zaledwie rok, rzeczywistość wdrapała się na górkę wieku analogowego a następnie rzuciła na łeb i szyję w erę cyfrową. 

Nagle okazało się, że wielkimi krokami doganiamy literaturę SF. Moi gracze, zaczęli się zastanawiać, czemu w Star Wars: RPG nie ma telefonów komórkowych ani laserowej broni maszynowej. Ja, trochę oszołomiony obserwowałem miniaturyzację komórek, zmiany w wyglądzie (nie mówiąc o możliwościach) komputerów, pojawienie się technologii hologramów i ekranów dotykowych. Prawdopodobnie, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, w sferze technologi osobistej posunęliśmy się dalej niż w ciągu poprzednich stu. Nagle autorzy SF odkryli, że jeśli nie przeniosą swoich historii setki lat w przód i nie umieszczą ich w czerni kosmosu, to już jutro mogą zmienić się w pisarzy obyczajowych, opierających swoją fabułę na zupełnie normalnej i powszechnej w użytku technologii.

Świat pogalopował na cybernetycznym koniu. A może po prostu stracił nad nim panowanie i teraz tylko kurczowo trzyma się siodła, obserwując jak stwór pochłania przestrzeń i mając nadzieję, że gdzieś za zakrętem nie pojawi się metaforyczna gałąź, która z hukiem oraz ogromnym bólem głowy nie powstrzyma ogłupionego jeźdźca.

Strach się bać, co będzie się działo za kolejne dziesięć lat. Strach, bowiem widzę swoich rodziców, którzy z niejaką niepewnością i obawą podchodzą do telefonów obsługiwanych przy pomocy ekranu dotykowego a czeluście internetu pozostają dla nich niezbadaną ziemią. Strach, bo być może za dziesięć/dwadzieścia lat moi potencjalni potomkowie, będą zmuszeni tłumaczyć mi funkcje najnowszych gadżetów, a przecież nie wiadomo, czy odziedziczą moją nieziemską cierpliwość. Strach, bo nagle okazało się, że przemiana technologiczna nie rozciąga się na pokolenia, ale przemyka liczona w miesiącach.

Szkoda tylko, że przez te 10 lat niespecjalnie zbliżyliśmy się do zawojowania kosmosu. Miło by było móc wybrać się na Marsa na letni wypoczynek. Może nawet poza zasięg służbowej komórki.

Obrazek odnaleziony na stronie: Science Photo Library

2011/06/26

O zdolności koncentracji.

Kilka miesięcy temu, czytałem esej Dukaja, o zanikającej wśród ludzi pokolenia internetu, umiejętności skoncentrowania się na tekście dłuższym niż kilka akapitów. Pisarz udowadniał, że siła i natężenie z jaką bombardują nas nowoczesne media (a zwłaszcza internet), sprawiają, że przeciętny użytkownik mózgu,  nie potrafi skupić się na tekście dłuższym niż kilka, kilkanaście zdań, zanim rozproszy go jakaś grafika, link czy inna informacja wizualna, sprawiając, iż dana osoba skieruję swą uwagę w tę stronę.
Koncepcji owej nie wyśmiałem, aczkolwiek uznałem, iż kompletnie mnie ona nie dotyczy. Jak to miałoby  być możliwe? Przecież pochłaniam książki w ilościach hurtowych, często nie mogąc oderwać się od nich ani w podróży, ani w domu, ani nawet w marszu.
A jednak.
W ten weekend dostrzegłem w sobie zalążek zarazy. Może, to fakt posiadania dość przestronnego jak na warunki laptopów monitora, a może ogólny stres wywołany pracą, planowaniem przyszłości oraz związanymi z nimi problemami. Fakt jest taki, że dwa dni z długiego, czterodniowego weekendu spędziłem na przeglądaniu sieci, stawianiu bloga przy jednoczesny oglądaniu filmów/seriali na drugiej części ekranu monitora.
Ja rozumiem podzielność uwagi, ale stworzenie Mentis Asylum zajęło mi w czwartek prawie pięć godzin. Grafika, kształt a przede wszystkim nazwa bloga wyciekały ze mnie tak wolnym strumieniem, że zazwyczaj krew z nosa płynie mi znacznie, znacznie szybciej. Ale w zamian obejrzałem trzy filmy.
Dopiero praca nad słownikiem nazw geograficznych, do której zabrałem się wczoraj, przypomniała mi, co oznacza słowo SKUPIENIE. Trochę późno, ale zawsze. Nieprawdopodobne jak (nadal) potrafię się skoncentrować na danej czynności. Wyłączyć czynniki zewnętrzne, strach o upływający czas, irytację brakiem oczekiwanego maila, czy świeżego newsa. Coś tak banalnego, jak kolumny nazw własnych zapisane w znakach, ich odpowiedniki w transkrypcji fonetycznej pinyin oraz szeregi współrzędnych, działają na mój mózg lepiej niż dziesięć kółek biegiem dookoła stadionu, po których jedyne nad czym się zastanawiam, to pytanie: gdzie zostawiłem płuca i dlaczego serce próbuje wyrwać mi się z klatki piersiowej.
W ramach tak zwanego „kucia żelaza póki gorące”, otworzyłem dziś plik tekstowy, nad którym pracowałem gdzieś w 2008 roku. Nie jest zły. Nie jest też dobry, żeby nie było. Jest taki, że zastanawiam się, czy powinienem próbować go poprawić, czy po prostu napisać od nowa, wykorzystując tylko pierwotny pomysł.
Muszę nad tym pokontemplować.  (Chyba, że „2 i pół mężczyzny” ponownie zawładnie moim umysłem, ponownie przerywając moją niezwykle delikatną koncentrację.)
  

2011/06/23

Nowy początek.

Oto jest nowy początek. Powstał Azyl. Miejsce, które będzie zdecydowanie mniej publiczne niż poprzednie, miejsce tak anonimowe, jak to tylko możliwe w erze informacji elektronicznej.

Nie jest to łatwe. Odcięcie się od nici sieci oplatającej internetową osobowość, tworzoną na przestrzeni kilku lat jest niezwykle skomplikowanym zajęciem. Wymaga utworzenia zupełnie nowej koncepcji, która nie może mieć absolutnie nic wspólnego z nazwami, słowami czy ideami, wspomnianymi w poprzednim miejscu. Dodatkowo, nieuniknioną jest współpraca osobowości, które zaglądały regularnie w poprzednie miejsce, a które chciałyby również zaglądać tutaj. Jeśli bowiem chcę by Mentis Asylum zachował swoją anonimowość muszę prosić, o nie umieszczanie linków do tego bloga na swojej stronie. Co też czynię.

Pożegnanie z poprzednim miejscem - a jego imię nigdy tu nie zostanie powtórzone - było równie nagłe, co smutne. Okazało się, że przez niecałe dziewięć lat, gdy pisałem tam różne rzeczy, zebrałem ponad 400 stron tekstu. Zgadza się... większość w latach 03-09, ale było tego sporo. Złapałem się na myśli, że gdybym zamiast pisania bloga, tworzył coś z fabułą, to miałbym sporą książkę. Nawet po odcięciu komentarzy.

Tymczasem, mam nadzieję, że nowe miejsce i nowe możliwości wpłyną kreatywnie na mą ukrytą w otchłani wyrostka robaczkowego wenę.