Zrobiło się jesiennie.
Jeszcze kilka dni temu, przed minionym weekendem, Japonia serwowała nam temperatury rzędu 23-27 stopni oraz czyste błękitne niebo. Jesień funkcjonowała tu tylko i wyłącznie z nazwy, chociaż tubylcy z wielką powagą podchodzący do oficjalnych informacji, od samego jej początku przebrali się w swetry, kurtki i jesienno-zimowe buty. Najwyraźniej uznali, że temperatury bliskie letnim nie są wystarczającym powodem, by przeciwstawić się naturalnemu porządkowi rzeczy.
Oczywiście, nie uznaliśmy z Żoną za stosowne dostosować się do powszechnego trendu panującego wśród mieszkańców wysp, co oznaczało że kilka kolejnych dni budziliśmy ogólny szok i przerażenie. Prawdopodobnie biedna uniwersytecka dziatwa uznała, iż pochodzimy gdzieś z okolic bieguna, bo jak inaczej można wyjaśnić nasze jakże niestosownie letnie odzienie.
Potem nastąpił festiwalowy weekend.
Ciekawa rzecz, taki uniwersytecki festiwal. Dziesiątki małych straganów, na których członkowie różnorakich klubów (sportowych, kół zainteresowań itp.) przygotowują najróżniejsze, najczęściej nie wymagające wielkiego wysiłku ani nakładu finansowego, potrawy. Następnie „najładniejsze” lub „najprzystojniejsi” z członków klubu chwytają za ręcznie wykonane, zachwalające dany towar tablice reklamowe i wybiegają na główną uliczkę kampusu, by naciągnąć niewinnych przechodniów na zakup specjału, który przygotowali. Piszę „naciągnąć” bowiem spośród pięciu czy sześciu potraw na które się skusiłem, tylko jedna była warta swojej ceny. Reszta, albo przypominała moje własne gotowanie (czytaj: jadalne tylko jeśli jesteś w głębokiej potrzebie zapełnienia żołądka), albo podawana była w tak „gigantycznych” porcjach, że wróbel by się tym nie najadł. Ale festiwal, to festiwal. Żal było odmawiać, zwłaszcza, gdy na jedzenie namawiały mnie stworzenia o poniższej aparycji:
lub, dla Pań...
![]() |
| Ci Panowie akurat reklamowali Dom Strachów. |
Niektórzy, z żądzy pieniądza potrafili nawet przełamać swój genetycznie zakodowany strach przed korzystaniem z języka angielskiego i za jego pomocą skomunikować się z nie kumającym nic po japońsku białasem. Jak takim biednym, lekko przerażonym kruszynom odmówić? No jak? Na szczęście małżonka okazała się być dość dobrym buforem odstraszającym. Jak wszyscy wiemy, jej mina pt: „Jak podejdziesz to odgryzę ci nos i wyłupię oczy!” działa nie tylko na mieszkańców Azji.
Jedzenie nie było jednak jedyną rozrywką jaką serwowali nam studenci. Na dwu profesjonalnych scenach i trzech innych – improwizowanych, codziennie odbywały się koncerty, pokazy żonglerki, break-dance, tańca brzucha, występy komediantów, pokazy mody, wybory miss a nawet konkurs „najgorzej zaśpiewanej piosenki” (który miałbym szanse wygrać, gdyby nie to, że ostatecznie na niego nie dotarłem).
Na sam konkurs może nie dotarłem, ale na koncert, który po prostu musiał być nagrodą dla jego zwycięzców już tak.
Tak bardziej serio, to zaintrygowała mnie tablica promująca owo wydarzenie, która wyglądała tak:
Jako, że znam słabość Japończyków do all-female kapel meta…eee, rockowych takich jak Aldious, ExistTrance, czy Mary’s Blood pomyślałem, że będę miał okazję posłuchać i przede wszystkim zobaczyć coś podobnego. To jednak, co me oczy ujrzały, a moje uszy miały nieszczęście usłyszeć kompletnie mnie zaskoczyło… Kapela podczas występu wyglądała następująco:
Wygląd jeszcze jakoś bym przeżył. Tolerancyjny jestem, a w Japonii cross dressing nie jest tak straszliwie piętnowany jak u nas. W wersji „artystycznej” jest czymś całkiem normalnym i popularnym. Problem polegał na tym, że przez cały koncert moje uszy cierpiały…straszliwe, potworne męki. Nie wiedziałem, że ktoś równie umiejętnie fałszujący może stać się idolem tłumów. A nie, przepraszam, przecież widziałem koncert Evanescence.
Nie jestem w stanie opisać pełni bólu jaki wywoływały w estetycznej części mojej duszy, piski i jęki wydobywające się z gardła wokalisty. Nie było kawałka piosenki, która zaśpiewana by była czysto. Nawet jednej nutki. A wierzcie mi, że przy moim zdepniętym przez dinozaura uchu, trzeba wiele zrobić bym zauważył fałsz…
Na szczęście koncert, jak to koncerty mają w zwyczaju, skończył się. Nawet nie było bisów, choć zgromadzeni pod sceną, prawdopodobnie kompletnie głusi fani najchętniej poskakali by tam jeszcze z godzinę lub dwie. Pamiętajmy jednak, że byli to Japończycy w związku z czym, gdy powiedziano, że to już koniec, nie wrzeszczeli, nie gwizdali, nie domagali się kolejnych piosenek, tylko grzecznie się rozeszli do swoich zajęć. Heh, taka ich kultura.
Tak czy inaczej, po pseudo-rockowym występie, zostałem nagrodzony wizualną ucztą jaką niewątpliwie był taniec brzucha w wykonaniu grupy studentek z zespołu Halaawaat Belly Dance . Nie znam się specjalnie na tańcu brzucha. Nigdy nie widziałem oryginalnej wersji, więc nie mam punktu odniesienia by wydawać obiektywną ocenę, ale… z subiektywnego punktu widzenia, połączenie arabskiej (?), indyjskiej (?) muzyki tanecznej z elementami tańca nowoczesnego dało doprawdy odświeżający i na swój sposób olśniewający efekt.
Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie pstryknął kilku fotek:
![]() |
| Napadło mnie dzisiaj na zrobienie plakatu a la Sin City. |
W sumie było ich koło 200. Zdjęć oczywiście. Pewnie jeszcze kilka pojawi się na sieci, zwłaszcza, że Żona również wykonała sporo zdjęć. Zapewne efekt będzie się systematycznie pojawiał na Imaginarium Photography na FB (właściwie, to już się pojawia).
Huh, warto było wyleźć z domu na wiatr, deszcz i szarugę. Ah, no tak… bo nie wspomniałem, że w czasie weekendu, temperatura nagle się obniżyła. Znacznie. Później było już tylko gorzej. Potem, z dwa dni słońca a dzisiaj, mamy zimną mżawkę, temperatura spadła do 5-10 stopni, ale jako że jest wilgotno, a do tego wiatr próbuje poprzewracać tutejsze domy, odczuwalna jest znacznie niższa. Można to czytać w następujący sposób: tyłek sobie odmrażam a wielkie okna, które robią za jedną ze ścian wcale nie pomagają.*
*Zakończenie powstało w środę, kiedy właśnie tak było. Wczoraj temperatura znowu podniosła się do 20+ stopni, a dzisiaj opadła do 15-16. Pogodo, zdecyduj się wreszcie!















