Skończyłem „A Dance with Dragons” G.R.R. Martina. Ot, prezent urodzinowy, jaki zakupiłem sobie (dłuższą chwilę przed faktycznymi urodzinami). Taka, tradycja. Od kilku lat, regularnie w okolicach tego dnia zaglądam do księgarni i odnajduję tytuł, który nie dość, że zazwyczaj jest dość drogi, to często jest napisany w barbarzyńskim języku. Przez kilka lat pani Rowling dostarczała mi odpowiednich książek (jakoś zawsze trafiało się na premierę Pottera). Potem był jakiś Dukaj. Ten rok należał do Martina.
Nie jestem zadowolony.
Nie, nie napiszę, że jest to słaba książka. Kłamałbym prosto w ekran. Jest to jednak książka, która w pewien sposób przypomina mi czwartą część sagi o Wiedźminie. Musiała zostać napisana, żeby pewne wątki zamknąć. Musiała zostać napisana, żeby pociągnąć fabułę. Musiała zostać napisana, żeby zmieścić to, co nie zmieściło się w tomie poprzednim. Tyle, że nie popchnęła niczego naprzód.
Wiadomo, że jestem fanem RPG, co oznacza, że podoba mi się każda książka, w której dobrze, szczegółowo opisany jest świat. Martin doskonale kreuje swoje uniwersum. Tworzy wizję tak realistyczną, że w pewnych fragmentach opis świata praktycznie zastępuje akcję.
Jednak pozostaje niedosyt. Fabuła się ciągnie. „A Dance with Dragons” przypomina mi bardziej kronikę, niż książkę fabularną, choć autor zakończył ją w taki sposób, że oczywiście będę z niecierpliwością wyczekiwał na kolejny tom. Sprytnie doprowadził wszystkie wątki do miejsca, w którym wiele rzeczy musi się zdarzyć ale… za rok? Dwa? Pięć? Kto wie?
Co mnie naprawdę cieszy, to fakt, że Martin w przeciwieństwie do Rowling powstrzymał się przed pisanie „pod film/serial”.
Nie pozostaje mi nic innego jak czekać.
Z innej beczki, czyli druga część notki…
Zastanawiałem się ostatnio nad ideą idola. Może niekoniecznie idola w postaci znanej nam z TV i popkulturowych programów… Raczej idola zbliżonego znaczeniem do „ideału”, „osoby, na której się wzorujemy”, „osoby, którą podziwiamy”. Myślałem o tym, oczywiście we własnym kontekście i odkryłem, że od czasów maleńkości w moim życiu idole nie funkcjonowali.
W dniach, gdy wiek mój nie zbliżał się nawet do liczby zaczynającej się od cyfry „2”, wierzyłem, że niejaki Ruud Gullit (piłkarz holenderski) był moim wzorem. Chciałem grać tak jak on (brak umiejętności utrudnił sprawę), być członkiem drużyny i zawsze dawać z siebie wszystko. To było dobre i po części zadziałało. Tyle, że był to ostatni człowiek, którego postawiłem na piedestale. A przecież od tego czasu dorosłem, odkryłem wiele innych dziedzin życia, natrafiłem na różnorodne osobowości – nikt nie dostąpił zaszczytu zostania idolem. Wzorce umarły i przestały funkcjonować.
Czyżby?
Czy to tylko „Ja”, czy też znak czasów? Czy nie ma nowego Zawiszy Czarnego? Czy Neil Gaiman nie zasługuje na taką pozycję? Czy Sting nie może zostać przykładem? Dla mnie… nie. Czy jednak ta zaraza rozlazła się na innych?
Zastanawiam się, Drodzy Nieliczni Czytelnicy… Czy ktoś z was ma w swoim życiu osobowość, która jest przykładem, wyznacza cel? Doprawdy, ciekawym.
tak właśnie sobie myślę, że też tylko raz przez chwilę doświadczyłam tego stanu jakim jest posiadanie idola. może nie do końca była ta osoba miją idolką, ale właśnie ona była najbliżej. była to profesorka z liceum, miałam z nią fakultet z polskiego - nie miało znaczenia o jakim utworze i z jakiej epoki mówiła - robiła to co kochała i umiała nas zafascynować, zarazić swoją pasją - zawdzięczam właśnie jej brak problemów ze zdaniem matury bo to ona nauczyła nas między innymi analizy wiersza, najpierw kazała nam snuć tysiące domysłów, a później, kiedy to opanowaliśmy, powiedziała, że to do du...py wszystko, bo i tak nie odgadniemy ze 100% pewnością co autor miał na myśli, bo cóż, czasami on sam do końca tego nie wie :)
OdpowiedzUsuńnosiła wściekle różowe rajstopy i buty sportowe na obcasie (zagramaniczne, takich u nas wówczas nie było) - to był pamiętny (z bardzo wielu względów) rok 1995. szkoda, że tylko na ten 1 rok nasze drogi się przecieły, gdyby dane nam było spotkać się jeszcze w maturalnej klasie, kto wie - może dziś byłabym znaną pisarka ;)
demirja
Chodzi Ci o autorytet, tak?
OdpowiedzUsuńTaki ogolny, nie w jakiejs jednej, danej dziedzinie.
Nie, nie jestes sam :D
Tez kiedys, kiedys sie zastanawialam nad tym- z zimnym spokojem- dlaczego ja nie mam zadnych autorytetow. Nikogo nie podziwiam bezgranicznie. Na nikim nie planuje sie wzorowac. Nigdy tak nie bylo, co bylo kolejna rzecza, odsadzajaca mnie od tzw.reszty towarzystwa.
Wszyscy mieli jakichs idoli.
Dla proby typowalam sobei rozne ciekawe postacie z roznych dziedzin i epok, od faktycznych po fikcyjne, od wybitnych po fascynujace, od Aleistera Crowleya po Jacka Sparrowa.
I nic, nul, niente, absoluta nada.
Poza- jednym wyjatkiem.
Nie wiem, czy to idol; facet ow budzi moja gleboka, nieklamna i nieskonczona sympatie i admiracje, a jest nim Alebrt Einstein :)
Nie nazwalabym go idolem, czy wzorcem; ale jedynym z dwoch ludzi, na sama mysl o ktorych czuje sie lepszym czlowiekiem :D
Jest jedna osoba, ktora bardzo, bardzo podziwiam, i ktora jest inspirujaca- Leonek da Vinci, syn starego da Vinciego.
OdpowiedzUsuńIlekroc popadam w syte samozadowolenie albo marazm, albo mi sie nie chce, albo cos tam, czy inny `boli-ucho-noga-rzesa-dzis nie moge`stan ducha, wystarczy mi pomyslec o tym, ile ten czlowiek umial, co robil. Jak niecierpliwie zabieral sie za-i poczucal kolejne projekty, byle nie marnowac ani chwili, ktora mozna przeznaczyc na tworzenie.
Autorytet. No właśnie. Żona mi dziś wytknęła, że "idol" brzmi zbyt popkulturowo, zbyt celebrycko. Autorytet lub Wzór-Do-Naśladowania; o to mi chodziło.
OdpowiedzUsuńZastanawiam się jak to jest. Zastanawiam się czy w ogóle szukamy autorytetów? Czy patrzymy na ludzi/postacie z literatury i myślimy: "tak, chciałbym zachowywać się i dążyć do celu jak (tu wstaw odpowiednią osobę).
@ Demirja - no i jeszcze jest mentor; tak jak ta Pani, którą wspomniałaś. Ktoś, kto potrafi uczyć i obudzić w Tobie pasję. Tyle, że kogoś takiego, to chyba naprawdę trudno znaleźć. Może warto odnowić znajomość i jednak zacząć karierę znanej pisarki?
@ Mari - Ty mi o zaczynaniu i porzucaniu projektów lepiej nie wspominaj, bo jak się zdenerwuje...
No co, przeca mowie, ze pod pewnym wzgledem Leonardo jest dla mnie wzorem :P
OdpowiedzUsuńTo nie moja wina! Uleglam zbyt silnemu wplywowi, i tyle :D
a o czym u licha ja miałabym teraz pisac te książki? :) może i umiem lekko pisać, ale to zbyt mało na cokolwiek :)
OdpowiedzUsuńO! mogę romanse na ten przykład pisywać - myślę ze 1 miesięcznie jest spokojnie do osiągnięcia, ale to mnie nie koniecznie cieszy, no i musiałabym uciec na księżyc od: mamo zrób obiad mamo pojedźmy tu, mamo... mamo... mamo... .
Poza tym starcza mi "szuflada" na dysku mojego kompa. Mało ambitne, ale pomaga gdy to pod skóra dojrzeje i zamieni się w literki i słowa :)
Co do odnowienia kontaktów - nie myślałam jakoś o tym, ale myślę, że ta konfrontacja miałaby duże prawdopodobienstwo wygrać konfrontację z czasem... :) mogłoby to być interesujące doświadczanie - chyba to w wolnej chwili rozważę
demirja