2011/06/27

Krótka notka o zmieniających się erach...

W drodze do pracy dopadło mnie dziś Wspomnienie. Wspomnienie owo, tyczy się czasów sprzed pewnej ery, dokładniej rzecz ujmując – z czasów przed moim pierwszym wyjazdem na Daleki Wschód. Była to bowiem epoka bzyczącego internetu budzonego przy pomocy zaklęcia 0202122 o zawrotnej prędkości, która pozwalała zrobić sobie kawę i przeczytać rozdział książki, zanim komputer zorientował się, że udało się otworzyć  stronę sieciową. Była to również epoka telefonów stacjonarnych – podłączonych kablem do ściany i świata (w razie, gdyby jakimś cudem na notkę trafili czytelnicy urodzeni w XXI wieku) oraz gier, do których przeniesienia z jednego PC na drugi wymagano dyskietek w ilości hurtowej.
Wreszcie, był to czas listów wysyłanych z odległych wiosek i miasteczek Państwa Środka, z rzadka tylko zastępowanych okazyjnym mailem, który sam w sobie również miał strukturę porządnej, przemyślanej korespondencji.

Było to zaledwie dziesięć lat temu.

Wspomnienie dotyczyło szoku, jakiego doznałem po powrocie do kraju, gdy zorientowałem się, że co drugi student paraduje z własnym telefonem komórkowym, a co trzeci chwalił się szybkim łączem na uczelni lub w domu. W zaledwie rok, rzeczywistość wdrapała się na górkę wieku analogowego a następnie rzuciła na łeb i szyję w erę cyfrową. 

Nagle okazało się, że wielkimi krokami doganiamy literaturę SF. Moi gracze, zaczęli się zastanawiać, czemu w Star Wars: RPG nie ma telefonów komórkowych ani laserowej broni maszynowej. Ja, trochę oszołomiony obserwowałem miniaturyzację komórek, zmiany w wyglądzie (nie mówiąc o możliwościach) komputerów, pojawienie się technologii hologramów i ekranów dotykowych. Prawdopodobnie, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, w sferze technologi osobistej posunęliśmy się dalej niż w ciągu poprzednich stu. Nagle autorzy SF odkryli, że jeśli nie przeniosą swoich historii setki lat w przód i nie umieszczą ich w czerni kosmosu, to już jutro mogą zmienić się w pisarzy obyczajowych, opierających swoją fabułę na zupełnie normalnej i powszechnej w użytku technologii.

Świat pogalopował na cybernetycznym koniu. A może po prostu stracił nad nim panowanie i teraz tylko kurczowo trzyma się siodła, obserwując jak stwór pochłania przestrzeń i mając nadzieję, że gdzieś za zakrętem nie pojawi się metaforyczna gałąź, która z hukiem oraz ogromnym bólem głowy nie powstrzyma ogłupionego jeźdźca.

Strach się bać, co będzie się działo za kolejne dziesięć lat. Strach, bowiem widzę swoich rodziców, którzy z niejaką niepewnością i obawą podchodzą do telefonów obsługiwanych przy pomocy ekranu dotykowego a czeluście internetu pozostają dla nich niezbadaną ziemią. Strach, bo być może za dziesięć/dwadzieścia lat moi potencjalni potomkowie, będą zmuszeni tłumaczyć mi funkcje najnowszych gadżetów, a przecież nie wiadomo, czy odziedziczą moją nieziemską cierpliwość. Strach, bo nagle okazało się, że przemiana technologiczna nie rozciąga się na pokolenia, ale przemyka liczona w miesiącach.

Szkoda tylko, że przez te 10 lat niespecjalnie zbliżyliśmy się do zawojowania kosmosu. Miło by było móc wybrać się na Marsa na letni wypoczynek. Może nawet poza zasięg służbowej komórki.

Obrazek odnaleziony na stronie: Science Photo Library

3 komentarze:

  1. ALe! Sen, ktory mialam ostatnio, zaczyna nabierac przedziwnego znaczenia, bo ostatnio od wielu osob, ktorym przeciez o nim nie opowiadalam, przychodza opowiesci, opisy, zagajenia, dotyczace lub w jakis sposob powiazane wlasnie z tym snem.
    Byl zbyt ciekawy, zeby potraktowac go jednym zdaniem, wspomne o nim u siebie :)
    Ale - Geni loci. To jest fakt. Snuja sie pomiedzy nami i rozsiewaja te same sy, te same idee, w glowach. To---troche przerazajace.

    OdpowiedzUsuń
  2. och do braku zasięgu służbowej komórki nie trzeba uciekać aż na Marsa... wystarczą moje okolice, gdzie takich miejsc jest jeszcze całkiem sporo :) cisza, przyroda i zero telefonów... jeśli już to tylko te na kabel w ścianie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. ach - to ja byłam - demirja znaczy się

    OdpowiedzUsuń