Rok 2012 zaczęliśmy trzęsieniem ziemi.
To zabrzmiało dramatycznie, aczkolwiek niestety nie jest do końca zgodne z prawdą. Zaczynaliśmy go bowiem na imprezie w jednym z licznych japońskich mini barów, korzystając z dobrodziejstwa międzynarodowego towarzystwa, amerykańskiego właściciela przybytku, dźwięków muzyki Boba Marleya, overproofed rumu i japońskiej wersji jackass’a (która, jak można się było spodziewać, była najzwyczajniej w świecie chora).
Zaczynaliśmy go niezwykle przyjemnie, acz bez zbytniego szaleństwa. Wyjątkowo, nawet organizm Mo. uznał, że da sobie spokój z kilkuletnią już tradycją i postara się wytrzymać te kilka dni bez wizyty w szpitalu.
Trzęsienie ziemi nastąpiło w niedzielę. O 14.28 czasu tutejszego. Pochwiało. Mo. znowu nie zauważyła tego drobnego incydentu. Ja natomiast, jak się okazuje, mógłbym robić za sejsmograf. Od czasu mojego przyjazdu wyczułem trzy wydarzenia sejsmiczne. Dwa były tak delikatne, że nawet doskonale poinformowane japońskie źródła potrzebowały dłuższej chwili by potwierdzić moje podejrzenia.
Trzęsienie Noworoczne miało siłę, której do końca określić się nie umiem. Tubylcy twierdzą, że w epicentrum osiągnęło zaledwie 4 stopnie. Amerykanie ocenili je na 6,8. Z jednej strony Japończycy chyba znają swoje trzęsienia, więc to właśnie im powinienem zawierzyć, z drugiej jednak strony o Fukushimie też dość długo mówili, że wszystko jest ok.
Cóż, nam nic się na głowy nie zawaliło.
Czy to jednak oznacza, ze rok 2012, będzie rokiem wstrząsającym? Bujającym?
Rok poprzedni (pomijając imprezę) zakończyłem najdziwniejszą wizytą u fryzjera jaką udało mi się dotychczas przeżyć. Nadmienić muszę, że w pierwszym miejscu, w którym miałem nadzieję ujarzmić mą rozszalałą fryzurę, przerażona pani „manager recepcji” w uprzejmych słowach poinformowała nas, że klientów z tłumaczami nie przyjmują. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się nie uzyskać usługi fryzjerskiej ze względu na niewystarczającą znajomość języka obcego. Zdumiewające.
Ja rozumiem, że fryzura to rzecz niezwykle ważna. W przypadku tubylczej młodzieży płci zbliżonej do męskiej, jest to zwieńczenie jego/jej androgenicznej kreacji. Jest swoistym dziełem sztuki nowoczesnej powstałym przy udziale fryzjera, silnego impulsu elektrycznego oraz lakieru do włosów o wytrzymałości cerambetonu. Rozumiem również, że fryzjer chwytając za nożyczki, bierze do ręki status społeczny danego niuńka i jednym cięciem może zmienić go w zwykłego, nudnego salarymana… Jestem świadomy, że moje włosy wyglądają i zachowują się nieco inaczej niż grube, sztywne, czarne druty, które Japończycy noszą na głowie.* Uważam jednak, że mimo wszystko panika, jaką wywołały nosiła znamiona przesady - czy wyglądam jak człowiek, który w trakcie strzyżenia potrzebuje nieustannych konsultacji?
Właściwie, to podczas strzyżenia zazwyczaj zachowuję się jak naćpana owca. Siedzę bez ruchu, z zamkniętymi oczami ** biernie poddając się wszelkim szarpnięciom i naciskom.
Drugi fryzjer podjął wyzwanie.
Najpierw usadził mnie na krześle, które mógłbym porównać do fotela dentystycznego (tyle, że bez tych wszystkich przerażających urządzeń z boku). Wszystko się w nim ruszało. Już po chwili leżałem z głową do dołu (w umywalce z wodą) i nogami do góry, z twarzą przesłoniętą delikatną papierową chusteczką.
Nie dość tego… Nie wiem, czy fryzjer bał się, że mnie uszkodzi, czy też myślał, że jakiekolwiek szarpnięcie moich kłaków spowoduje odpadnięcie skalpu. Wiem jedno – żadna z fryzjerek, która miała okazję ścinać moje włosy NIGDY nie była tak delikatna.
Może trafiłem na mistrza nożyc, który operował ostrzami własnoręcznie wykutymi w pracowni swego dziada – tak ostrymi, że ledwie muśnięcie mogło mnie pozbawić głowy. Nie wiem. Wiem, że po kilkunastu minutach cackania się z moją czaszką i dwu lub trzech konsultacjach z Mo. fryzjer odstąpił od fotela, podał mi okulary i zapytał jak mi się podoba***.
Co miałem powiedzieć. Było ok. Wyglądało na to, że udało się i wyjdę od golibrody z przyzwoitą europejską fryzurą.
Okazało się, że nie skończył.
Najpierw zafundował mi kolejne mycie, a następnie zabrał się do suszenia i formowania włosów. Wykorzystał do tego grzebień, szczotkę, suszarkę, dwie pary nożyczek, super wytrzymały żel do włosów i maszynkę do golenia.
Najbardziej sfrustrowała go suszarka, bowiem okazało się, że po wyschnięciu moje włosy nie pozostają na przeznaczonym im miejscu tylko znajdują sposób, żeby odstawać i psuć ustaloną wcześniej harmonię.
Biedny mistrz nożyczek spędził kolejne piętnaście minut na poprawkach.
Gdy zakładałem okulary po raz drugi, robiłem to z przekonaniem, że w lustrze ujrzę nową interpretację Elvisa. Jakże się zawiodłem ( a jednocześnie odetchnąłem z ulgą ) gdy okazało się, że wyglądam dokładnie tak samo jak przy pierwszej próbie.
Cóż. Ważne, że znowu wyglądam jak poważny człowiek.
I co dalej?
Nie wiem.
Mam kilka planów. Jedno czy dwa tajemne postanowienia. Kilka rzeczy chodzi mi po głowie ( w tym „forma winna” o zombie ). Zaczyna się nowy rok. Jako, że podobno ma być ostatnim – warto by go w pełni wykorzystać.
Czego życzę wszystkim.
*W zamierzchłych czasach obiekt mej zazdrości i pożądania.
** Otwieranie ich nie ma sensu, jako że każdy fryzjer na dzień dobry zabiera mi okulary. Bez nich, w oddalonym o półtora metra lustrze widzę różowego bloba odzianego w plamy koloru mojego ubrania o nieco ciemniejszym zwieńczeniu.
*** Właściwie to najpierw zapytał, po czym widząc, że nie dostrzegam w lustrze swojego odbicia zreflektował się , podał mi okulary i ponowił pytanie.

Wniosek jest taki, że Mo. nie choruje w Sylwestra, bo Japonia działa na nią źle cały czas :P
OdpowiedzUsuńoraz:
ojej, żyjecie!
i:
macie polaroida?
Żyjemy, żyjemy. Jakoś leci.
OdpowiedzUsuńNie tyle polaroida co aparat instax, który jest zdecydowanie mniejszy, uzyskuje trochę mniejsze zdjęcia i przede wszystkim - nadal można do niego kupić filmy.
Gdy spojrzałem na twoje zdjęcie szukając tej nowej fryzury moim pierwszym wrażeniem było - schudłeś?
OdpowiedzUsuńPotem spojrzałem na fote z prawej na dole i pomyślałem "Ale fajna grafika". Przyjrzałem się szczegółom i doszedłem do wniosku że to są pierniczki, co zresztą potwierdza podpis.
Smaczne były?
Hehe, może z kilogram. Reszta to złudzenie optyczne :). Pierniczki? Pierniczki były doskonałe. Przysłane nam z Irlandii, wytrwały jakieś 5 min (było ich więcej ale niestety podróż sprawiła, że nie nadawały się do zdjęcia - zostały natychmiast skonsumowane).
OdpowiedzUsuńA ja sądzę, że goligłowa tak skakał wokół Ciebie bo miał nadzieję na duży napiwek od ZAGRANICZNEGO bądź co bądź klienta.
OdpowiedzUsuń