Wróciłem.
Trochę to trwało zanim przyjąłem do wiadomości to, że ponownie zakotwiczyłem w
Polsce. Japonia wczepiła się z siłą oraz uporem głodnego kleszcza i zupełnie nie chciała usunąć
się z mojej głowy. Od chwili, gdy wysiadłem z samolotu i postawiłem swoją stopę
na Ławicy, nieustannie porównywałem życie Tutaj do życie TAM. W większości
wypadków porównanie wypadało na niekorzyść Tutaj, co nieodmiennie wprawiało nie
w nastrój smutnej zadumy.
Muszę przyznać, że wcześniejsze, długotrwałe wyjazdy do Chin
nie wpłynęły na moje postrzeganie rzeczywistości tak mocno, jak półtoraroczny
pobyt na Wyspach. Przyczyn takiego stanu rzeczy doszukuję się w podobieństwie
jakie można dostrzec w sposobach myślenia i funkcjonowania Polaków oraz Mieszkańców
Kraju Środka. Jest ich dużo - a nawet za dużo. Znacznie więcej niż w przypadku Polski i Japonii.
Wygląda na to, że zbyt bardzo przyzwyczaiłem się do luksusu dokładnego
planowania, wszechobecnej uprzejmości oraz pewnego standardu życia dostępnego nawet
osobom pracującym na pół etatu.
Krótko mówiąc: dobrze mi się tam żyło w tej Japonii.
Tymczasem w Polsce skończył mi się okres ochronny. Po
półtora roku pracy bezstresowej – przy mojej codziennie testowanej przez
małżonkę nieziemskiej cierpliwości praca z dziećmi jest czystą przyjemnością –
wróciłem do użerania się z pełnym niedociągnięć, błędów i opóźnień chińskim
sposobem prowadzenia interesów. Plusy: znowu mam okazję korzystać z języka;
pracuję praktycznie w Poznaniu; pracuję. Minusy: codzienny, poranny przypływ adrenaliny
po przeczytaniu maili przychodzących od kontrahentów z dalekiego wschodu.
Życie toczy się dalej. Może nawet uda mi się otrząsnąć z
marazmu, który przez ostatnie miesiące nieudolnie próbowałem pokonać tworzeniem
scenariuszy do RPG oraz… a nie, tylko tym.
Nabrałem nawet znowu ochoty na obróbkę zdjęć z podróży. Ku
memu zaskoczeniu mogę nad nimi pracować bez popadania w depresję.
Czyli, w teorii, sprawy mają się ku lepszemu.
![]() |
| To w sumie jest Seul, Korea Południowa w styczniu 2013. |
![]() |
| Tutaj już Dotombori - jedno z ostatnich wyjść "na miasto" przed powrotem do PL. |
Zapomniałbym – czytam Mo Yana. Dla osób, które znają moją niechęć
wobec większości dzieł współczesnej literatury chińskiej może to wydać się
niezwykłe, aczkolwiek miała ona naprawdę godny polecenia "podkład", który sprawił, że przełknąłem nie tylko to, iż jest to książka obyczajowa ale również to, że tyczy się Chin.
Powieść otrzymałem w prezencie, krótko po tym jak skończyłem
doskonałe „River of Stars” Guya Gavriela Kaya – książkę, która osadzona została
w Songowskich Chinach (jak to u Kaya, rzeczywistość została odpowiednio
zmodyfikowana), a która wywołała we mnie chęć do ponownego przyjrzenia się
czarnej magii, jaką do dnia dzisiejszego pozostaje dla mnie klasyczny język
chiński (oraz klasyczna poezja).
Na fali wspomnianej „Rzeki Gwiazd” chwyciłem za dzieło
chińskiego Noblisty licząc na to, że będzie to opowieść zajmująca, jeśli nie
magiczna to przynajmniej niezwykła. Ostatecznie Nagrody Nobla nie dostaje się za grafomanie, prawda?
Jak na tę chwilę (jestem mniej więcej w połowie powieści) „Obfite
piersi, pełne biodra” jak na tę chwilę wydają mi się… cóż, średnie. Opowieść pod
pewnymi względami (wycinek z życia postaci) przypomina mi „Rodzinę” Ba Jin’a i
jest dość ciekawym obrazem chińskiej wsi na przestrzeni dziejów.
Obrazy kreowane przez Mo Yana są żywe, bogate w
szczegóły, ciekawe dla odbiorcy - zwłaszcza jeśli nigdy nie miał on okazji ujrzeć chińskiej prowincji na żywo. Z drugiej jednak strony obsesja narratora na
punkcie piersi, początkowo interesująca, z czasem staje się męczącym,
nieustannie pojawiającym się zapychaczem, który nie wnosi w treść powieści
niczego nowego.
Oczywiście mogę się mylić co do roli jaką pełnią nieustanne opisy "pełnych kul", "świerzych melonów" itp. i zostać kompletnie zaskoczonym jakimś
niezwykłym zwrotem akcji, który nastąpi na łamach jeszcze nie przeczytanych
przeze mnie kart książki. Ba! Mam nadzieję, że tak właśnie się stanie.
Póki co, nie rzuciłem tej pozycji w kąt na rzecz
jakiegoś dobrego SF’a – co już wiele znaczy.
Czy polecam? Wypowiem się jak już przebrnę przez całość.


Fajnie, że znów piszesz. Będzie się można spodziewać w miarę regularnych notek, mam nadzieję?
OdpowiedzUsuńBtw- "świeżych", ale nie przejmuj się. Ja niedawno miałam proboem z dokładnie tym samy słowem- i popadłam w rozpacz. Nigdy-przenigdy nie miałam problemu z ortografią, więc to pewnie już demencja się wdaje XD Albo zbytnio człowiek się napatrzył błędnych zapisów w sieci.
Chyba że błąd zamierzony, bo taki był i w książce :D To tylko pośmiejmy się z mojego błędu i cześć.