Ziemia coś się ostatnio nie trzęsie, zrobiło się ciepło, powietrze wypełniło się zapachem kwitnących drzew. To jeszcze nie wiśnie tylko głównie śliwy i brzoskwinie, ale według znanych mi mieszkańców tej niezwykłej krainy, wiśnie zaplanowano na początek kwietnia. Strony internetowe podają, że w Osace pierwsze drzewka zakwitły wczoraj a najlepszy okres na ich podziwianie [czytaj: nikt nie ogląda kwiatów; wszyscy siedzą pod drzewami i piją [1]] nadejdzie pomiędzy 09.04 a 17.04.
Tiaaa, już widzę Wasze roześmiane paszcze: „Jak to plan? Jakie strony internetowe? Natury nie da się zaplanować...”. A właśnie, że się da, co udowodniono mi w zeszłym roku, gdy odpowiednie przewodniki, z dokładnością co do dnia podały nam kiedy zaczerwienią się liście japońskiego klonu [potocznie nazywane momiji ]. Nadal nie wierzycie? Wystarczy wpisać w przeglądarce internetowej hasło: cherry blossoms Japan 2012 i na własne oczy ujrzycie ogromny system jaki zbudowano wokół tego wydarzenia.
Jak to robią? Nie mam pojęcia. Gdybym był po drugiej stronie Morza Chińskiego, przy równej precyzji prognozy podejrzewałbym, że władze zapędziły do ogrodów kilka milionów ogrodników i kazały im chuchać na drzewka, co by im się ciepło na czas zrobiło... tutaj, pozostaje to dla mnie tajemnicą.
Tak czy inaczej, w wyznaczonym czasie mam zamiar pojawić się w odpowiednim miejscu z aparatem i spróbować uwiecznić owo wiekopomne zjawisko.
Na dworze robi się coraz cieplej. W naszym nowym mieszkaniu – niekoniecznie. Tak, właśnie – na początku marca wyprowadziliśmy się z akademika i teraz zamieszkujemy we wspaniałym M2. A może to M1 z dużą kuchnią? W sumie kuchnia jest większa niż sypialnia.
Mniejsza o nomenklaturę. Ważne, że są to dwa, rozdzielone pomieszczenia, które wraz z ubikacją, łazienką i balkonem mają 30 m ² powierzchni. Za pieniądze, które płacimy – jest to co najmniej pałac. Nie ważne, że szyby we wszystkich oknach są nie przezroczyste. Właściwie to nawet lepiej bowiem po a) mieszkamy na parterze i nie chcielibyśmy by przechodzący obok budynku tubylcy zaglądali nam przez okna, a po b) jak już owe okna otworzymy, by wpuścić trochę ciepłego powietrza, to możemy podziwiać wspaniały widok na zwieńczony drutem kolczastym mur [kuchnia], bądź krzak, maszynę do podgrzewania wody dla całego budynku i love hotel [sypialnia]. Nie ważne, że budynek stoi jakieś piętnaście minut piechotą od najbliższego dworca kolei [czytaj: najbliższego centrum cywilizacji], co dla przeciętnego Japończyka zdaje się być dystansem gigantycznym. Nie istotnym, jest również fakt, że mniej niż kilometr od nas położone jest lotnisko Itami [samoloty i tak latają od dziewiątej rano do dziewiątej wieczorem].
Ważnym jest to, że mieszkanie nie wywołuje myśli samobójczych.
Widzieliśmy takie. Klitki od 8 do 12 m², z kuchnią w sypialni i widokiem na oddaloną o 2 metry ścianę przeciwległego budynku. Były również takie, których ściany, podłoga i sufit wyłożone zostały wizualnie identycznym materiałem, co zmieniało pokój/mieszkanie w pomieszczenie szpitalne. Człowiek, który chciał nam je wynająć nazwał je designerskim. Ja dziękuję za taki design. Jeszcze bym się przyzwyczaił i po powrocie do PL zaczął szukać pokoi w pewnej instytucji Gnieźnie.
Tak. Zdecydowanie, mimo swoich uniedogodnień, które traktuję bardziej w kategoriach ciekawostek, mieszkanie nam się udało. OK, udało się głównie Mo. bowiem w procesie szukania moja rola polegała głównie na byciu, nabijaniu się z panów agentów nieruchomości oraz opiniowaniu oglądanych mieszkań.
Nie da się ukryć, że mimo starań i otoczenia językiem japońskim moja zdolność władania nim nie podniosła się tak bardzo jak planowałem. Dziś dajmy na to, udało mi się zakupić pomarańcze, które okazały się grejpfrutami, oraz jogurt ananasowy będący jogurtem z mango. Skubani, bardzo często zapominają umieszczać znaków kanji na opakowaniach, co nieco utrudnia mi życie. Najwyraźniej nie jestem tak zdolny jak znany z "Shogun'a" John Blackthorn, który opanował język japoński ciągu niespełna pół roku. Z drugiej strony mi nikt nie przydzielił nauczyciela, jednocześnie ogłaszając, że jeśli po pół roku nie będę doskonale porozumiewał się w tym języku, to korepetytor straci głowę.
Abstrahując jednak od moich zmagań z miejscowym językiem i podążając za wątkiem literackim, muszę napisać, że Murakamiego czyta się zupełnie inaczej będąc w Kraju Kwitnącej Wiśni. Polskie wydanie trzeciego tomu „1Q84” dostałem pod koniec zeszłego roku w ramach prezentu gwiazdkowego od Pani Mamy, lecz jako że akurat byłem pogrążony we wszechświecie Gwiezdnych Wojen, to zabrałem się do niego dopiero w połowie zeszłego miesiąca.
Naprawdę trudno mi opisać, jak bardzo zmieniła się moja percepcja tej powieści w związku z faktem, że żyję tu i na co dzień widuję sceny, ludzi czy zachowania opisywane przez Murkamiego. Wydaje mi się, że niewiele osób, które znają mnie osobiście zarzuciłoby mi brak wyobraźni. Ostatecznie te wszystkie lata spędzone w różnych Śródziemiach, Krynnach, Barsaive, Fionovarach i tym podobnych, jakoś przyczyniły się do jej rozwoju, a jednak Japonia jest krajem na tyle specyficznym, na tyle egzotycznym zarówno pod względem kultury jak i zachowania, że pewnych rzeczy... nawet najprostszych nie potrafiłem sobie uświadomić. Może, nie tyle uświadomić, co przyjąć do wiadomości.
Posługując się prostym przykładem – Murakami opisuje chłopaka pracującego nomen omen w agencji nieruchomości:
„Zaszedł do agencji nieruchomości przed dworcem. Rozmawiał z młodym, dwudziestoparoletnim mężczyzną. Włosy miał czarne, grube, usztywnione żelem tak mocno, że wyglądały jak ptasie gniazdo. Bielusieńka koszula i nowiutki krawat.” [2]
Opis jak opis. W Pl pomyślałbym, że pisarz chciał podkreślić dziwny wygląd opisywanej osoby. Tyle , że tutaj taką fryzurę można zobaczyć na co trzecim młodym mężczyźnie, zwłaszcza wieczorem, w centrum miasta, gdy po pracy wędrują po ulicach w poszukiwaniu dobrej knajpy. To jest najzwyczajniej w świecie tutejsza moda. Nic dziwnego, nic zaskakującego, nic szokującego.
Gdzieś indziej autor opisuje zabawę w karaoke, usłużne zachowanie sprzedawcy, stołówkę w której uczniowie odrabiają zadania domowe, a przez większą część trylogii odwołuje się do wędrujących od domu do domu inkasentów NHK[3] [z jednym przeprowadziłem rozmowę w pierwszym miesiącu mojego pobytu w Osace, aczkolwiek w przeciwieństwie do inkasentów wykreowanych przez Murakamiego „mój” był bardzo uprzejmy i widząc „poziom” naszej rozmowy szybko dał sobie spokój].
Obrazy te, które w mojej wyobraźni kreowane były przez słowa japońskiego powieściopisarza, teraz zmieniają się nieco i nabierają realności, ostrości i kolorów. Co zabawne, wszystko dzięki magiczno-realnej rzeczywistości alternatywnej Japonii opisywanej w „1Q84”.
Fabuła? Fabuła, w moim odczuciu jest bardzo japońska. Dla nas może być nie do końca zrozumiała, przydługa i pozbawiona logiki jaką prezentują zachodnie powieści fantastyczne. Ktoś mógłby się czepiać, że Murakami pozostawia kilka pytań bez odpowiedzi, że niepotrzebnie rozwodzi się nad niektórymi wątkami, do niektórych niepotrzebnie wraca. Ktoś mógłby marudzić, że bawi się czasem, formą narracji, że przedstawia zbyt wiele, niepotrzebnych szczegółów. Ja przyjmuję to wszystko z zaciekawieniem, niczym „nierealne i nielogiczne” światy Final Fantasy, oraz anime. I oczywiście polecam, choćby po to, by zajrzeć w niezbyt realną rzeczywistość jaką dla nas może być współczesna Japonia.
Skoro już jestem przy literaturze, to wspomnę o jeszcze jednej książce jaką właśnie skończyłem. Ostatnimi laty niezbyt często zdarza się bym dał się pochłonąć książce. Trzeba naprawdę wiele, bym porzucił wszelkie realizowane projekty, zapomniał o tym, że następnego dnia muszę wcześnie wstać do pracy i spędzał większość świadomego czasu przykuty do kart powieści. Tak działały na mnie książki G.G. Kaya, Richarda Morgana, Scota Lyncha a ostatnio Patricka Rothfussa.
Jego wydane przed kilku laty w PL „Imię Wiatru” zassało mnie na kilka dni, a następnie, jak to zwykle bywa z tak dobrymi książkami, na kilka dni pozostawiło z pustką w sercu gdy dowiedziałem się, że drugi tom jest w trakcie pisania. „The Wise Man's Fear” został wydany w zeszłym roku, ale dopiero teraz położyłem łapy na jego papierowym wydaniu. Tak jak poprzednia część, ta zawładnęła mną na dobre kilka dni.
Rothfuss stworzył niezwykle intrygujący, szczegółowy świat, bardzo dobrą koncepcję magi, ciekawe kultury a następnie wrzucił w to wszystko utalentowanego maga, który jak dowiadujemy się na samym początku opowieści wyrósł na bohatera dziesiątek powieści, legend oraz plotek.
Wyrósł, bowiem zgodnie z założeniem autora, w obu książkach Kvothe opowiada nam o swoim życiu. Po raz pierwszy, ktoś słyszy jego historię pozbawioną ubarwień, odartą z plotek. Okazuje się, że heros, którego przygodami mamki usypiają niesforne dzieci, doszedł do swej pozycji nie tylko ciężką pracą, ale również dzięki kłamstwom, krętactwom, sztuczkom i wielu, wielu przyjaciołom.
Fabuła zarówno pierwszej jak i drugiej książki toczą się dość wolno. Nie ma w nich epickich bitew, ani szaleńczych pościgów. Nie ma również herosów pokroju Conana. Mimo tego, czyta się je szybko i z zapartym tchem czekając na rozwiązanie kolejnych niewielkich intryg.
Jedyne, czego można by się przyczepić to pewnego rodzaju powielenie schematu: młody mag udaje się do szkoły magii, gdzie znajduje przyjaciół i wrogów. Na tym jednak kończy się podobieństwo do znanego nam wszystkim siedmio-księgu, który uczynił pewną panią z Wielkiej Brytanii bardzo bogatą osobą. Książki Rothfussa są znacznie bardziej poważne, a jego bohaterowie na swój sposób dojrzalsi. Amerykański pisarz nie ogranicza się też tylko do szkoły. Jego bohater wędruje po świecie poznając świat, a wraz z nim i my możemy się z nim zapoznać.
Podsumowując, zarówno „Imię Wiatru” jak i „The Wise Man's Fear” to pozycje, które z spokojem mogę polecić każdej osobie zainteresowanej dobrym fantasy. Mam nadzieję, że będziecie się nimi cieszyć tak jak ja to czyniłem.
[1] Słowa jednego z moich uczniów.
[2] Murakami Haruki. 2011. 1Q84 t.3. Warszawa:MUZA SA. s.220
[3] Nippon Hōsō Kyōkai - japoński publiczny nadawca radiowo-telewizyjny