2013/08/04

Powrót do świata wirtualnego.



Wróciłem. 

Trochę to trwało zanim przyjąłem do wiadomości to, że ponownie zakotwiczyłem w Polsce. Japonia wczepiła się z siłą oraz uporem głodnego kleszcza i zupełnie nie chciała usunąć się z mojej głowy. Od chwili, gdy wysiadłem z samolotu i postawiłem swoją stopę na Ławicy, nieustannie porównywałem życie Tutaj do życie TAM. W większości wypadków porównanie wypadało na niekorzyść Tutaj, co nieodmiennie wprawiało nie w nastrój smutnej zadumy.

Muszę przyznać, że wcześniejsze, długotrwałe wyjazdy do Chin nie wpłynęły na moje postrzeganie rzeczywistości tak mocno, jak półtoraroczny pobyt na Wyspach. Przyczyn takiego stanu rzeczy doszukuję się w podobieństwie jakie można dostrzec w sposobach myślenia i funkcjonowania Polaków oraz Mieszkańców Kraju Środka. Jest ich dużo - a nawet za dużo. Znacznie więcej niż w przypadku Polski i Japonii. Wygląda na to, że zbyt bardzo przyzwyczaiłem się do luksusu dokładnego planowania, wszechobecnej uprzejmości oraz pewnego standardu życia dostępnego nawet osobom pracującym na pół etatu.

Krótko mówiąc: dobrze mi się tam żyło w tej Japonii.

Tymczasem w Polsce skończył mi się okres ochronny. Po półtora roku pracy bezstresowej – przy mojej codziennie testowanej przez małżonkę nieziemskiej cierpliwości praca z dziećmi jest czystą przyjemnością – wróciłem do użerania się z pełnym niedociągnięć, błędów i opóźnień chińskim sposobem prowadzenia interesów. Plusy: znowu mam okazję korzystać z języka; pracuję praktycznie w Poznaniu; pracuję. Minusy: codzienny, poranny przypływ adrenaliny po przeczytaniu maili przychodzących od kontrahentów z dalekiego wschodu. 

Życie toczy się dalej. Może nawet uda mi się otrząsnąć z marazmu, który przez ostatnie miesiące nieudolnie próbowałem pokonać tworzeniem scenariuszy do RPG oraz… a nie, tylko tym.
Nabrałem nawet znowu ochoty na obróbkę zdjęć z podróży. Ku memu zaskoczeniu mogę nad nimi pracować bez popadania w depresję.

Czyli, w teorii, sprawy mają się ku lepszemu.

To w sumie jest Seul, Korea Południowa w styczniu 2013.

Tutaj już Dotombori - jedno z ostatnich wyjść "na miasto" przed powrotem do PL.

Zapomniałbym – czytam Mo Yana. Dla osób, które znają moją niechęć wobec większości dzieł współczesnej literatury chińskiej może to wydać się niezwykłe, aczkolwiek miała ona naprawdę godny polecenia "podkład", który sprawił, że przełknąłem nie tylko to, iż jest to książka obyczajowa ale również to, że tyczy się Chin.

Powieść otrzymałem w prezencie, krótko po tym jak skończyłem doskonałe „River of Stars” Guya Gavriela Kaya – książkę, która osadzona została w Songowskich Chinach (jak to u Kaya, rzeczywistość została odpowiednio zmodyfikowana), a która wywołała we mnie chęć do ponownego przyjrzenia się czarnej magii, jaką do dnia dzisiejszego pozostaje dla mnie klasyczny język chiński (oraz klasyczna poezja).
 
Na fali wspomnianej „Rzeki Gwiazd” chwyciłem za dzieło chińskiego Noblisty licząc na to, że będzie to opowieść zajmująca, jeśli nie magiczna to przynajmniej niezwykła. Ostatecznie Nagrody Nobla nie dostaje się za grafomanie, prawda?

Jak na tę chwilę (jestem mniej więcej w połowie powieści) „Obfite piersi, pełne biodra” jak na tę chwilę wydają mi się… cóż, średnie. Opowieść pod pewnymi względami (wycinek z życia postaci) przypomina mi „Rodzinę” Ba Jin’a i jest dość ciekawym obrazem chińskiej wsi na przestrzeni dziejów.

Obrazy kreowane przez Mo Yana są żywe, bogate w szczegóły, ciekawe dla odbiorcy - zwłaszcza jeśli nigdy nie miał on okazji ujrzeć chińskiej prowincji na żywo. Z drugiej jednak strony obsesja narratora na punkcie piersi, początkowo interesująca, z czasem staje się męczącym, nieustannie pojawiającym się zapychaczem, który nie wnosi w treść powieści niczego nowego. 

Oczywiście mogę się mylić co do roli jaką pełnią nieustanne opisy "pełnych kul", "świerzych melonów" itp. i zostać kompletnie zaskoczonym jakimś niezwykłym zwrotem akcji, który nastąpi na łamach jeszcze nie przeczytanych przeze mnie kart książki. Ba! Mam nadzieję, że tak właśnie się stanie. 

Póki co, nie rzuciłem tej pozycji w kąt na rzecz jakiegoś dobrego SF’a – co już wiele znaczy. 

Czy polecam? Wypowiem się jak już przebrnę przez całość.

2013/07/18

- 34 -

...czyli, tak naprawdę:

-34- plus jeden dzień. 

Życie toczy się dalej.

2012/08/02

różne rzeczy się kończą


Skończył się lipiec. Szwagierka przybyła, zobaczyła, zjadła i wróciła do PL. W związku z tą wizytą przez trzy tygodnie spałem w kuchni. Nie było tak źle. W sumie kuchnię mamy większą od sypialni. Szkoda tylko, że nie klimatyzowaną. 

Minęło „33”. Miło, imprezowo i przede wszystkim tortowo. W dodatku, dzięki żonie, mam drugiego Kindla. Mam nadzieję, że ten wytrzyma dłużej niż rok. Małżonka zapowiedziała, że jak go zepsuję, to trzeciego mi nie kupi. Chyba będę musiał poszukać jakiegoś opakowania, które ochroni sprzęt przed niespodziewanymi upadkami, dziećmi, kawą itp.  

Skończyła się również pora deszczowa.

Cieszyłem się przez chwilę. W mojej ignorancji przekonany, że może i będzie cieplej, ale przynajmniej poziom wilgotności spadnie. Ha! Nie ma tak dobrze. Nic nie ma zamiaru spadać. Po prostu woda zamiast każdego dnia przemywać świat deszczowym prysznicem, zbiera się w powietrzu i tam sobie zostaje. Z mojego punktu widzenia dużej różnicy nie ma – wtedy byłem codziennie mokry, teraz wystarczy, że zrobię dwa kroki na dworze i też jestem. Mieszkańcy Wysp pocieszają mnie, że w sierpniu temperatury będą wyższe a dni bardziej męczące. No, już się nie mogę doczekać.

Za to „Cegłość” się skończyć nie chce.

Mój mózg funkcjonuje trochę jak nasi sportowcy na olimpiadzie. Jest… czasami ma jakieś przebłyski, chwilową chęć do kreatywnej pracy, ale jak ma przyjść co do czego, to zawodzi na całej linii.

A miało być tak pięknie.

Na „33” zebrałem jakieś 700 lat życia oraz sporo życzeń powrotu weny. Szkoda, że wena najwyraźniej przegapiła te memo. Czuję jednak, że coś tam się ze mnie z wolna wykluwa. Słowem kluczowym jest: „z wolna”. Kilka projektów zawiesiło się niczym Commodore 64 podczas wgrywania gry. Niektóre (w większości) mało poważne, jeden cholernie ważny.

Mam problemy z samo-motywacją i planowaniem.  

Wcale nie jest fajnie, gdy człowiek przypadkowo orientuje się, że Świat nad którym od dłuższego czasu pracował mocno przypomina coś, o czym czytał przed 15 laty. Dramat i zgrzytanie zębów.
Tym bardziej jest nieciekawie, gdy ten sam człowiek orientuje się, że ma dwa lata do końca doktoratu i nadal nie jest pewien o czym tak naprawdę ów doktorat miałby być.

Życie toczy się dalej. Jak mi się na łeb zwali to będzie problem.

„Sposobem na zaczęcie jest skończenie mówienia i podjęcie działania.”
Walt Disney

2012/06/12

Nie fajnie...

"Chorość" nie jest fajna. Nie bywam chory specjalnie często. Raz, dwa razy do roku zdecydowanie mi wystarcza. Problem polega na tym, że jak już zachoruję to zazwyczaj odbywa się to w najmniej odpowiednim momencie. Na przykład: w środku służbowej podróży do Chin - lądowanie z zatkanymi zatokami prawie rozsadziło mi głowę.

Teraz "chorość" przyszła na Euro. W przeciwieństwie do setek ostentacyjnych EUROsceptyków, ja cieszę się na ten turniej niczym dziecko na widok cukierka.[1] Jest w nim wszystko czego dorosły fan piłki nożnej potrzebuje - świetne stadiony, dobre mecze, niespodzianki a do tego nasza własna reprezentacja, która może nie należy do grona faworytów, ale robi co może[2].

Problemem jest oczywiście cholerna różnica czasu. Te siedem godzin, sprawia że obejrzenie drugiego meczu dnia, zmusza mnie do zarwania nocki. W normalnych warunkach - cóż, sen jest dla słabych - nie byłaby to żadna przeszkoda. Skoro mogę nie spać, by zagrać sesję RPG online[3], to równie dobrze mogę spędzić noc w oczekiwaniu na mecz. Tylko, że dzięki "chorości" warunki przestały być normalne.

Potrzebuję swojego głosu z powrotem. Trudno jest bowiem uczyć, nie będąc w stanie wydobyć z siebie dźwięku. Ergo, muszę jak najszybciej zmusić organizm do zwalczenia "chorości". Tyle, że wspomniany organizm twierdzi, iż potrzebuje snu. Skubany. Tak zawieść mnie w samym środku turnieju.

W sumie po trochu jestem sam sobie winny. Niedzielne karaoke z całą pewnością nie pomogło gardłu w regeneracji. Pomińmy to jednak milczeniem. Było minęło.

"Chorość" nie pomaga również w podniesieniu poziomu kreatywności. Wygląda na to, że sporo wody jeszcze upłynie zanim uda mi się osiągnąć stan umysłu, który zdołam nazwać inaczej niż "Cegła".

"Bardziej majestatycznego zastoju umysłu nie zaobserwowano dotychczas."
-George Christoph Lichtenberg

[1] Być może dlatego, że siedzę w Japonii i nie dotyczą mnie problemy z utrudnionym poruszaniem się po mieście, tłumami wrzeszczących kibiców czy reklam EURO straszących z każdego opakowania dóbr konsumpcyjnych.

[2] Co nie przeszkodziło mi wyć, kląć i uderzać głową w tatami podczas transmisji pierwszego meczu Polaków.

[3] Tak, wiem - jestem nałogowcem.

2012/04/04

deszczowa opowieść


“There are three things all wise men fear: the sea in storm, a night with no moon, and the anger of the gentle man.”

- Patrick Rothfuss 'The Wise Man's Fear'

Myślę, że dodałbym do tego jeszcze jedną rzecz – wiosenną burzę w Japonii. Tyle, że nie jestem pewien czy była to burza, czy też gniew niebios, który objawił się ulewą o skali potopu.

Po kolei jednak...

Pamiętacie, gdy pisałem, że zaczyna się robić ciepło i przyjemnie? Nie? To zajrzyjcie notkę niżej. Na samym początku cieszyłem się, że ziemia się nie trzęsie i temperatury bardziej zdatne do życia. Najwyraźniej natura/pogoda/ktokolwiek zarządza tym bałaganem przyjął wyzwanie.

Gdy wczoraj koło drugiej czasu tokijskiego wychodziłem z domu niebo zasnute było grubą warstwą ciemnych chmur. Padał deszcz. Nic specjalnego. Wystarczająco mocny by zniechęcić mnie do podróży rowerem, ale nie tak rzęsisty bym nie mógł spokojnie maszerować chroniony przez czaszę parasola.

Ciemność, która zapadła po tym jak zrobiłem pierwsze kilkanaście kroków powinna była dać mi do myślenia. To, że większość spieszonych tubylców znikła z ulic również winno wzbudzić moje podejrzenia. Ja jednak zupełnie nieświadomy zmian zachodzących w otaczającej mnie rzeczywistości dziarsko maszerowałem w stronę odległego o 15 minut marszem dworca.

Piekło rozpętało się po tym jak wyszedłem spod osłony wiaduktu. Początkowo, wielkie krople deszczu padały pionowo – jak grawitacja nakazuje – rozbijając się na kopule parasola z łomotem zagłuszającym muzykę płynącą ze słuchawek mego wiernego iPoda. Ulica szybko przemieniła się w rwący strumień.

Na wysokości Family Mart'u[1], do zabawy włączył się huraganowy wiatr. W tej samej chwili parasol przestał spełniać jakiekolwiek funkcje ochronne. Podmuchy wiatru sprawiły, iż deszcz wbrew prawom fizyki zaczął padać horyzontalnie, złośliwie co kilka sekund zmieniając kierunek ataku. Moje mizerne próby obrony, pozwoliły wiatru zmienić konfiguracje parasola z wersji 'kopuła' na wersję 'kwiatek'. W rezultacie w ciągu kilku sekund, jakie poświęciłem na przywrócenie temu bezużytecznemu narzędziu w miarę przyzwoitego wyglądu, przemokłem do szpiku kości, a moje buty wypełniły się deszczówką [2].

Gdy na dodatek widoczność zmniejszyła się do kilkunastu metrów ( bo jak się okazuje całkiem trudno cokolwiek dostrzec przez ścianę wody ), nie pozostało mi nic innego jak poddać się i wycofać na z góry upatrzone pozycje – czyli do suchego, klimatyzowanego sklepu.

W każdy inny dzień siedziałbym tam tak długo, aż niebiosa uznałyby dalsze marnowanie wody za zbyteczne a następnie wróciłbym do domu, wejść się do ofuro [3] wypełnionej gorącą wodą. Niestety, ten dzień był akurat dniem pracy i co ważniejsze wypłaty. Musiałem zdążyć na pociąg...

Zakupiłem więc w FM'ie parę skarpet oraz ręcznik. Odczekałem chwilę licząc na to, że pogoda się nieco uspokoi a gdy ujrzałem, że się przejaśnia, naprostowałem parasol i dziarsko ruszyłem w dalszą drogę.

Muszę przyznać, że chwilowe zmniejszenie siły wiatru i opadów było sprytną sztuczką. Bardzo dobrze wyliczoną w czasie jeśli wziąć pod uwagę drogę jaką krople muszą przebyć od chmur na moją głowę.

Zanim zdążyłem zablokować pozostałości mojego parasola w pozycji funkcjonalnej, nagły podmuch wiatru przemodelował go w coś, co można by spokojnie wystawiać w galerii sztuki nowoczesnej. Zaraz po tym doskonale wycelowane wiadra wody, udające deszcz spadły mi na głowę. Nawet błyskawiczna naprawa parasola (myślę, że uzyskałem krytyczny sukces w rzucie na prowizorkę) nic mi nie dała. Deszcz bawił się ze mną jak kot z myszą. To padał z lewej, to z prawej, czasami z dołu. Każda kropla o objętości szklanki wody.

Zdołałem przejść kilkadziesiąt kroków, zanim uznając się za pokonanego schowałem się w kolejnym sklepie. Możecie sobie wyobrazić, że większość obecnych tam tubylców „przeaczała” mnie jak ufo. Ni to obcokrajowiec, ni to szaleniec, ni to kura.

Dałem znać mojej szefowej, że przegrywam z żywiołem i mogę się spóźnić. Nie odpowiedziała.

Wówczas przypomniałem sobie starożytne japońskie przysłowie:
„Istnieje coś co można nazwać 'postawą w czasie ulewy'. Będąc zaskoczonym przez deszcz, można biec ile sił w nogach, bądź szukać schronienia pod okapem domów stojących wzdłuż drogi. W obu przypadkach zmokniemy. Gdybyśmy wcześniej przygotowali się psychicznie, na zmoknięcie, deszcz mało by nas obszedł.
Zasadę tę można zastosować z korzyścią w każdej sytuacji." [4]

Jako, że doprawdy miałem problem ze znalezieniem na sobie kawałka suchego miejsca, zdecydowałem że nie mam nic do stracenia i zastosowałem powyższą metodę. Oczywiście jeśli całkowite zrezygnowanie można nazwać swego rodzaju przygotowaniem psychicznym.

Ku zdumieniu klientów i przerażeniu obsługi sklepu rozpostarłem moje dzieło sztuki nowoczesnej i opuściłem bezpieczną przystań.

Ku memu zaskoczeniu moja bierna postawa wobec szalejącego żywiołu zdała się zadziałać. Oczywiście nie było tak, że mocą umysłu, dzięki mądrościom Wschodu wytworzyłem wokół siebie barierę ochronną powstrzymującą krople. Co to to nie. Wyglądało jednak na to, że pogoda uznała iż nie ma sensu znęcać się nad pokonanym przeciwnikiem. Deszcz wrócił do klasycznego, wertykalnego ruchu, natomiast wiatr już tylko z raz na kilka minut testował moją czujność próbując wyrwać mi parasol z zziębniętej dłoni.

Gdy wreszcie dotarłem na peron, komórka wydała z siebie dźwięk powiadomienia o nadchodzącej wiadomości... szefowa napisała, że ze względu na złą pogodę uczeń odwołał zajęcia i mogę przyjechać prawie godzinę później...

Kiedy wreszcie dotarłem do szkoły, w której pracuję okazało się, że moja wodoszczelna torba, najwyraźniej nie była szyta z myślą o japońskim deszczu. Przynajmniej jeśli chodzi o wodoszczelność.

Szefowa, po wysuszeniu mnie i nakarmieniu ciepłym posiłkiem, próbując podnieść mnie na duchu stwierdziła: Nawet my, Japończycy uważamy, że ta pogoda jest jakaś taka dziwna. Wczoraj było tak ładnie...

Jedyne, co mój zatopiony w deszczówce mózg zdołał wyprodukować w odpowiedzi wygląda dokładnie tak:



Ps. Dzisiaj znowu było ciepło i słonecznie. WTF?

[1] Family Mart – nazwa jednej z wszechobecnych sieci sklepów otwartych 24/7, w których można dostać praktycznie wszystkie podstawowe, potrzebne człowiekowi rzeczy. Źródło masy nowych słodyczy i alkoholu o 3 w nocy.
[2] Piszę „wypełniły się” bowiem „przemokły” lub „przesiąkły” nie oddaje procesu i szybkości z jaką to przebiegło.
[3] ofuro – japońska krótka i głęboka wanna.
[4] Na potrzeby opowieści przyjmijmy, że pamiętałem cały tekst cytatu. W rzeczywistości po głowie chodziło mi coś o byciu przemokniętym i braku sensu w chowaniu się przed deszczem. Cytat pochodzi z: Yamamoto Tsunetomo 'Hagakure'

2012/04/02

wieści ze wschodu i książki

Ziemia coś się ostatnio nie trzęsie, zrobiło się ciepło, powietrze wypełniło się zapachem kwitnących drzew. To jeszcze nie wiśnie tylko głównie śliwy i brzoskwinie, ale według znanych mi mieszkańców tej niezwykłej krainy, wiśnie zaplanowano na początek kwietnia. Strony internetowe podają, że w Osace pierwsze drzewka zakwitły wczoraj a najlepszy okres na ich podziwianie [czytaj: nikt nie ogląda kwiatów; wszyscy siedzą pod drzewami i piją [1]] nadejdzie pomiędzy 09.04 a 17.04. 

Tiaaa, już widzę Wasze roześmiane paszcze: „Jak to plan? Jakie strony internetowe? Natury nie da się zaplanować...”. A właśnie, że się da, co udowodniono mi w zeszłym roku, gdy odpowiednie przewodniki, z dokładnością co do dnia podały nam kiedy zaczerwienią się liście japońskiego klonu [potocznie nazywane momiji ]. Nadal nie wierzycie? Wystarczy wpisać w przeglądarce internetowej hasło: cherry blossoms Japan 2012 i na własne oczy ujrzycie ogromny system jaki zbudowano wokół tego wydarzenia.

Jak to robią? Nie mam pojęcia. Gdybym był po drugiej stronie Morza Chińskiego, przy równej precyzji prognozy podejrzewałbym, że władze zapędziły do ogrodów kilka milionów ogrodników i kazały im chuchać na drzewka, co by im się ciepło na czas zrobiło... tutaj, pozostaje to dla mnie tajemnicą.

Tak czy inaczej, w wyznaczonym czasie mam zamiar pojawić się w odpowiednim miejscu z aparatem i spróbować uwiecznić owo wiekopomne zjawisko.

Na dworze robi się coraz cieplej. W naszym nowym mieszkaniu – niekoniecznie. Tak, właśnie – na początku marca wyprowadziliśmy się z akademika i teraz zamieszkujemy we wspaniałym M2. A może to M1 z dużą kuchnią? W sumie kuchnia jest większa niż sypialnia.

Mniejsza o nomenklaturę. Ważne, że są to dwa, rozdzielone pomieszczenia, które wraz z ubikacją, łazienką i balkonem mają 30 m ² powierzchni. Za pieniądze, które płacimy – jest to co najmniej pałac. Nie ważne, że szyby we wszystkich oknach są nie przezroczyste. Właściwie to nawet lepiej bowiem po a) mieszkamy na parterze i nie chcielibyśmy by przechodzący obok budynku tubylcy zaglądali nam przez okna, a po b) jak już owe okna otworzymy, by wpuścić trochę ciepłego powietrza, to możemy podziwiać wspaniały widok na zwieńczony drutem kolczastym mur [kuchnia], bądź krzak, maszynę do podgrzewania wody dla całego budynku i love hotel [sypialnia]. Nie ważne, że budynek stoi jakieś piętnaście minut piechotą od najbliższego dworca kolei [czytaj: najbliższego centrum cywilizacji], co dla przeciętnego Japończyka zdaje się być dystansem gigantycznym. Nie istotnym, jest również fakt, że mniej niż kilometr od nas położone jest lotnisko Itami [samoloty i tak latają od dziewiątej rano do dziewiątej wieczorem].

Ważnym jest to, że mieszkanie nie wywołuje myśli samobójczych.
Widzieliśmy takie. Klitki od 8 do 12 m², z kuchnią w sypialni i widokiem na oddaloną o 2 metry ścianę przeciwległego budynku. Były również takie, których ściany, podłoga i sufit wyłożone zostały wizualnie identycznym materiałem, co zmieniało pokój/mieszkanie w pomieszczenie szpitalne. Człowiek, który chciał nam je wynająć nazwał je designerskim. Ja dziękuję za taki design. Jeszcze bym się przyzwyczaił i po powrocie do PL zaczął szukać pokoi w pewnej instytucji  Gnieźnie.

Tak. Zdecydowanie, mimo swoich uniedogodnień, które traktuję bardziej w kategoriach ciekawostek, mieszkanie nam się udało. OK, udało się głównie Mo. bowiem w procesie szukania moja rola polegała głównie na byciu, nabijaniu się z panów agentów nieruchomości oraz opiniowaniu oglądanych mieszkań.


Nie da się ukryć, że mimo starań i otoczenia językiem japońskim moja zdolność władania nim nie podniosła się tak bardzo jak planowałem. Dziś dajmy na to, udało mi się zakupić pomarańcze, które okazały się grejpfrutami, oraz jogurt ananasowy będący jogurtem z mango. Skubani, bardzo często zapominają umieszczać znaków kanji na opakowaniach, co nieco utrudnia mi życie. Najwyraźniej nie jestem tak zdolny jak znany z "Shogun'a" John Blackthorn, który opanował język japoński ciągu niespełna pół roku. Z drugiej strony mi nikt nie przydzielił nauczyciela, jednocześnie ogłaszając, że jeśli po pół roku nie będę doskonale porozumiewał się w tym języku, to korepetytor straci głowę.

Abstrahując jednak od moich zmagań z miejscowym językiem i podążając za wątkiem literackim, muszę napisać, że Murakamiego czyta się zupełnie inaczej będąc w Kraju Kwitnącej Wiśni. Polskie wydanie trzeciego tomu „1Q84” dostałem pod koniec zeszłego roku w ramach prezentu gwiazdkowego od Pani Mamy, lecz jako że akurat byłem pogrążony we wszechświecie Gwiezdnych Wojen, to zabrałem się do niego dopiero w połowie zeszłego miesiąca. 

Naprawdę trudno mi opisać, jak bardzo zmieniła się moja percepcja tej powieści w związku z faktem, że żyję tu i na co dzień widuję sceny, ludzi czy zachowania opisywane przez Murkamiego. Wydaje mi się, że niewiele osób, które znają mnie osobiście zarzuciłoby mi brak wyobraźni. Ostatecznie te wszystkie lata spędzone w różnych Śródziemiach, Krynnach, Barsaive, Fionovarach i tym podobnych, jakoś przyczyniły się do jej rozwoju, a jednak Japonia jest krajem na tyle specyficznym, na tyle egzotycznym zarówno pod względem kultury jak i zachowania, że pewnych rzeczy... nawet najprostszych nie potrafiłem sobie uświadomić. Może, nie tyle uświadomić, co przyjąć do wiadomości.

Posługując się prostym przykładem – Murakami opisuje chłopaka pracującego nomen omen w agencji nieruchomości:

„Zaszedł do agencji nieruchomości przed dworcem. Rozmawiał z młodym, dwudziestoparoletnim mężczyzną. Włosy miał czarne, grube, usztywnione żelem tak mocno, że wyglądały jak ptasie gniazdo. Bielusieńka koszula i nowiutki krawat.” [2]

Opis jak opis. W Pl pomyślałbym, że pisarz chciał podkreślić dziwny wygląd opisywanej osoby. Tyle , że tutaj taką fryzurę można zobaczyć na co trzecim młodym mężczyźnie, zwłaszcza wieczorem, w centrum miasta, gdy po pracy wędrują po ulicach w poszukiwaniu dobrej knajpy. To jest najzwyczajniej w świecie tutejsza moda. Nic dziwnego, nic zaskakującego, nic szokującego.

Gdzieś indziej autor opisuje zabawę w karaoke, usłużne zachowanie sprzedawcy, stołówkę w której uczniowie odrabiają zadania domowe,  a przez większą część trylogii odwołuje się do wędrujących od domu do domu inkasentów NHK[3] [z jednym przeprowadziłem rozmowę w pierwszym miesiącu mojego pobytu w Osace, aczkolwiek w przeciwieństwie do inkasentów wykreowanych przez Murakamiego „mój” był bardzo uprzejmy i widząc „poziom” naszej rozmowy szybko dał sobie spokój].

Obrazy te, które w mojej wyobraźni kreowane były przez słowa japońskiego powieściopisarza, teraz zmieniają się nieco i nabierają realności, ostrości i kolorów. Co zabawne, wszystko dzięki magiczno-realnej rzeczywistości alternatywnej Japonii opisywanej w „1Q84”. 

Fabuła? Fabuła, w moim odczuciu jest bardzo japońska. Dla nas może być nie do końca zrozumiała, przydługa i pozbawiona logiki jaką prezentują zachodnie powieści fantastyczne. Ktoś mógłby się czepiać, że Murakami pozostawia kilka pytań bez odpowiedzi, że niepotrzebnie rozwodzi się nad niektórymi wątkami, do niektórych niepotrzebnie wraca. Ktoś mógłby marudzić, że bawi się czasem, formą narracji, że przedstawia zbyt wiele, niepotrzebnych szczegółów. Ja przyjmuję to wszystko z zaciekawieniem, niczym  „nierealne i nielogiczne” światy Final Fantasy, oraz anime. I oczywiście polecam, choćby po to, by zajrzeć w niezbyt realną rzeczywistość jaką dla nas może być współczesna Japonia.

Skoro już jestem przy literaturze, to wspomnę o jeszcze jednej książce jaką właśnie skończyłem. Ostatnimi laty niezbyt często zdarza się bym dał się pochłonąć książce. Trzeba naprawdę wiele, bym porzucił wszelkie realizowane projekty, zapomniał o tym, że następnego dnia muszę wcześnie wstać do pracy i spędzał większość świadomego czasu przykuty do kart powieści. Tak działały na mnie książki G.G. Kaya, Richarda Morgana, Scota Lyncha a ostatnio Patricka Rothfussa. 

Jego wydane przed kilku laty w PL „Imię Wiatru” zassało mnie na kilka dni, a następnie, jak to zwykle bywa z tak dobrymi książkami, na kilka dni pozostawiło z pustką w sercu gdy dowiedziałem się, że drugi tom jest w trakcie pisania. „The Wise Man's Fear” został wydany w zeszłym roku, ale dopiero teraz położyłem łapy na jego papierowym wydaniu. Tak jak poprzednia część, ta zawładnęła mną na dobre kilka dni. 

Rothfuss stworzył niezwykle intrygujący, szczegółowy świat, bardzo dobrą koncepcję magi, ciekawe kultury a następnie wrzucił w to wszystko utalentowanego maga, który jak dowiadujemy się na samym początku opowieści wyrósł na bohatera dziesiątek powieści, legend oraz plotek. 

Wyrósł, bowiem zgodnie z założeniem autora, w obu książkach Kvothe opowiada nam o swoim życiu. Po raz pierwszy, ktoś słyszy jego historię pozbawioną ubarwień, odartą z plotek. Okazuje się, że heros, którego przygodami mamki usypiają niesforne dzieci, doszedł do swej pozycji nie tylko ciężką pracą, ale również dzięki kłamstwom, krętactwom, sztuczkom i wielu, wielu przyjaciołom. 

Fabuła zarówno pierwszej jak i drugiej książki toczą się dość wolno. Nie ma w nich epickich bitew, ani szaleńczych pościgów. Nie ma również herosów pokroju Conana. Mimo tego, czyta się je szybko i z zapartym tchem czekając na rozwiązanie kolejnych niewielkich intryg.

Jedyne, czego można by się przyczepić to pewnego rodzaju powielenie schematu: młody mag udaje się do szkoły magii, gdzie znajduje przyjaciół i wrogów. Na tym jednak kończy się podobieństwo do znanego nam wszystkim siedmio-księgu, który uczynił pewną panią z Wielkiej Brytanii bardzo bogatą osobą. Książki Rothfussa są znacznie bardziej poważne, a jego bohaterowie na swój sposób dojrzalsi. Amerykański pisarz nie ogranicza się też tylko do szkoły. Jego bohater wędruje po świecie poznając świat, a wraz z nim i my możemy się z nim zapoznać. 

Podsumowując, zarówno „Imię Wiatru” jak i „The Wise Man's Fear” to pozycje, które z spokojem mogę polecić każdej osobie zainteresowanej dobrym fantasy. Mam nadzieję, że będziecie się nimi cieszyć tak jak ja to czyniłem.



  
           

[1] Słowa jednego z moich uczniów.
[2] Murakami Haruki. 2011. 1Q84 t.3. Warszawa:MUZA SA. s.220 
[3] Nippon Hōsō Kyōkai - japoński publiczny nadawca radiowo-telewizyjny

2012/02/15

forma winna: restauracja pod błękitnym aniołem

Z pisaniem nie jest tak, jak z jazdą na rowerze. Przynajmniej w moim wypadku: jak nie ćwiczysz, to potem siedzisz wpatrzony w monitor zastanawiając się jak przelać swój pomysł na papier. Słowa nie chcą układać się w zdania, sceny nie chcą płynnie przechodzić z jednej w drugą. Bohaterom w ustach wyrasta kołek, który sprawia, że ich dialogi brzmią drewnianie. Masakra.
Najgorsze jest to, że pomysł miałem dokładnie obmyślony już na początku stycznia, zanim jeszcze z dumą ogłosiłem Formę Winną 2012. Na początku lutego zaciąłem się na stronie nr 7. Walczyłem z nią do dzisiaj. Efekt? Napisałem to, co napisałem. Z całą pewnością nie jest to "krótka" forma. Nie jest to również to, czego od tego opowiadania oczekiwałem. Najgorsze jest to, że tak właściwie jest to jego pierwsza część... Cóż, Mari napisała zgrabny wiersz naginając lekko zasady [1], ja uznałem, że wykpię się kończąc w połowie. Nie, żebym rezygnował z opowiedzenia całości historii. Ciąg dalszy, z całą pewnością nastąpi.

Niestety, mój redaktor [2] z powodu późnego dostarczenia tekstu [3], odmawia współpracy, co oznacza że tymczasowo będziecie zmuszeni obcować z jego dość surową wersją. Nie chcę jednak zawalić terminu.

No,to jak już wszystkich zniechęciłem do czytania: Enjoy!


Restauracja "Pod Błękitnym Aniołem"

[1] Wiem, wiem... nigdy nie twierdziliśmy, że to MUSI być proza. Tak tylko się wykręcam.
[2] Oczywiście pisze o Mo., która doprowadza mnie do szału, wskazówkami natury gramatycznej.
[3] U nas jest noc. Późna noc. Właściwie to już jest 16.02, ale w PL to nadal 15.02 więc się liczy :P

2012/01/27

equilibrium

W zdecydowanie niedocenianym filmie „Equilibrium” jest taka scena, podczas której główny bohater, wchodząc po schodach uświadamia sobie monotonię tłumu, z którym się przemieszcza. Tak jak wszyscy zgromadzeni ubrany jest w szaro czarne ubranie. Jego fryzura, w żaden sposób nie różni się od standardu. Jego oblicze, zgodnie z nakazami prawa nie wyraża żadnych uczuć. Niczym klon wchodzi po schodach w rytmie, który doskonale zgrywa się z rytmem kroków otaczających go ludzi.

Muzyka cichnie, a on niespodziewanie zatrzymuje się, burząc ustalony porządek. Staje się wyspą w morzu przemieszczających się istot.*

Kilka dni temu doznałem podobnego uczucia.

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o ścisku i tłoku, które w godzinach szczytu są zmorą japońskich (swoją drogą niezawodnych i nieprawdopodobnie punktualnych) środków komunikacji publicznej. Świat obiegło nie jedno i nie dwa zdjęcia panów odzianych w firmowe uniformy, którzy w białych rękawiczkach dociskają ludzi próbujących grzecznie wbić się do wagonu. Mniej lub bardziej zawiani businessmani niższego szczebla, czyli z tutejszego sarariiman’i, urzędnicy, nauczyciele, sprzedawczynie, OL (czyt. "oeru” czyli office lady)… wszyscy, zgodnie z kolejnością przybycia na peron wciskają się do wnętrza pociągu, próbując za wszelką cenę uniknąć kontaktu fizycznego. Oczywiście, w godzinach szczytu jest to wirtualnie niemożliwe, jako że popyt na miejsce zdecydowanie przekracza jego podaż.

Ci sami ludzie, równie spokojnie opuszczają pociąg. Tyle że wówczas wąski strumień zmienia się w szeroką rzekę czerni, szarości i granatu równym krokiem zmierzającą ku schodom/wyjściu. Nikt się nie pcha. Nikt, nikogo nie wyprzedza. Nikt nie klnie. 

W pewnym momencie, maszerując przy akompaniamencie muzyki zagłuszającej wszystkie dochodzące z zewnątrz dźwięki, rozejrzałem się ponad morzem czarnych głów**.  Nie pamiętam kiedy ostatnio doznałem równie silnego poczucia odrealnienia. Na twarzach mijających mnie ludzi zastygł bezosobowy, pozbawiony emocji wyraz. Maska wytworzona na potrzeby świata zewnętrznego (omote). Żadnych uśmiechów, czy dziwnych min. Nieliczne rozmowy toczone są głosem tak cichym, że nawet gdybym nie odciął się on nich za pomocą słuchawek, nie miałbym szans usłyszeć ich treści. Nie chcą nikomu przeszkadzać. Wpatrzeni w plecy poprzednika lub fakturę schodów opuszczają to miejsce.

Wychodzę na zewnątrz stacji i wraz z rozrzedzającym się tłumem powraca moja więź z rzeczywistością.



Nie chcę jednak budować błędnego/stereotypowego wizerunku mieszkańców Wysp. To niecodzienne uczucie dopadło mnie tylko raz i jak przypuszczam umysł mój całkiem skutecznie „przeoczył” wszystkie kolorowe elementy, które z całą pewnością przemykały między garniturami i żakietami.

Poza godzinami szczytu, poza godzinami pracy, a może przede wszystkim w tym niezbyt długim okresie pomiedzy liceum (mundurki) a stałą posadą (uniformy), pasażerowie pociągów tworzą najbardziej kolorowy zbiór nieprawdopodobnych dodatków, różnorodnych stylowo ubiorów i spersonalizowanych urządzeń elektrycznych z jakim miałem okazję się spotkać w czasie swoich podróży.

Potrzeba bycia jednostką w kraju zbudowanym na sile zbioru zagłusza zdrowy rozsądek czy poczucie stylu. Wszystko, co czyni Cię innym, jest „zajebiste”. Nie ważne, że szczycisz się fryzurą której pochodzenia należy upatrywać w energii wyładowań atmosferycznych, ani że opakowanie na Twojego iPhone’a odbija więcej promieni świetlnych niż kula disco z lat 80. Nie ważne, że makijaż (obu płci) bardzo często nie tyle ocierają się, co obłapia kicz, którego przeciętny Europejczyk nie jest w stanie sobie wyobrazić. Ważnym jest to, że w najmniejszym stopniu nie przypominasz poważnego, styranego sarariman’a, który jadąc tym samym pociągiem zasypia na stojąco. Ważnym jest to, że nawet jeżeli od 8.00 do 22.00, od poniedziałku do soboty jesteś tym właśnie sarariman’em, w czasie wolnym możesz wydobyć się z uniformu i oddać szaleństwu przekoloryzowanych strojów.

W ostatecznym rozrachunku: porządek i chaos współistnieją na Wyspach, równoważąc się na każdym kroku.  





*Scena, o której wspominam w rzeczywistości może wyglądać nieco inaczej, jako że pamiętam ją mgliście, bardziej jako ideę niż faktyczny obraz.
**Nadal, mimo mojego mikrego wzrostu góruję nad większością mieszkańców Wysp.

2012/01/10

forma winna 2012

Nowy rok, nowe wyzwania, nowe pomysły. Czas by przywrócić starą, dobrą tradycję. Dlatego też wszem i wobec chciałbym ogłosić rozpoczęcie nowej edycji „Formy winnej”.

Zasady?

Do 15.02.2012 piszemy krótki tekst prozaiczny, którym następnie dzielimy się z pozostałymi uczestnikami zabawy ( na blogu bądź w przypadku osób troszkę bardziej nieśmiałych, za pomocą maila ). Tematem opowiadania powinien być niezwykle ostatnio popularny nieumarły potocznie klasyfikowany pod nazwą zombie. Żeby jednak nie było zbyt łatwo dochodzi dodatkowy warunek – autor, w zaciszu swojego domu powinien chwycić za pierwszą lepszą książkę, otworzyć ją na jednej ze stron, skupić się na pierwszym akapicie, odnaleźć dziesiąty rzeczownik i wykorzystać go jako „niezwykle istotne słowo klucz”.
Ponieważ jednak metodą prób i błędów odkryliśmy, że może dojść do dość dziwnych połączeń takich jak zombie – kabina, zombie – rękawiczka itp. więc uznaliśmy, że losowania dodatkowego słowa można dokonać 3 do 5 razy i wybrać takie połączenie, które wywoła dzwonek weny!

Dlaczego „forma winna”?

Odpowiedzią na to pytanie jest „motywacja”. Każdy, kto podejmie się wyzwania ( a musicie wiedzieć, że nawet wypowiedziana półgębkiem słowna deklaracja jest równie wiążąca jak cyrograf podpisany krwią ), a nie dotrzyma terminu oddania pracy, będzie zmuszony postawić pozostałym uczestnikom butelkę wina. W sytuacji, w której wszyscy piszący ukończą i podzielą się swoimi pracami zwyczajowo spotkamy się, każdy ze swoim winem w dłoni i gratulując sobie fantastycznych wyników, radośnie opróżnimy wszystkie butelki*.

Zapraszamy wszystkich do zabawy**.






*Oczywiście moja obecna sytuacja geograficzna utrudnia nieco odebranie nagrody, aczkolwiek zawsze mogę nadrobić po powrocie.
** „My”, o których ciągle piszę to ja i Mari – czyli osoby, które wzięły udział w pierwszej formie w 2008 roku.

2012/01/05

szok kulturowy część kolejna


 Niepomny ostrzeżeń Mo. oraz własnych doświadczeń z Chin przywiozłem do Japonii zaledwie jeden antyperspirant w sztyfcie, który niestety nie okazał się być przedmiotem magicznym-samo-uzupełniającym się. Zmusiło mnie to do wyruszenia na wyprawę po podobny specyfik wykorzystywany przez mieszkańców wysp.


Oczywiście informacja o tym, że tubylcy się nie pocą, w związku z czym nie potrzebują antyperspirantów z prawdziwego zdarzenia utonęła gdzieś w bagnie, w które ostatnimi czasy przekształca się moja pamięć. W związku z tym byłem przekonany, że bez problemu dostanę jakieś Old Spice albo inne Fafklulce.
 „Przekonanie” rozleciało się z hukiem w pierwszych minutach pobytu w drogerii. Nie poddałem się jednak rozpaczy, gdy okazało się, że w rzeczonym sklepie nie ma wielkiej i bogato zaopatrzonej półki z antyperspirantami. Z cierpliwością i systematycznością godnymi porządnego bibliotekarza, przeszukałem wszystkie zakątki tego odurzającego zapachami przybytku – poczynając od regału z ogromną ofertą przyklejanych rzęs i świecących posypek a kończąc na … aptece.

W kącie, zasłonięty żeńskimi dezodorantami i lakierami dostrzegłem znajomy kształt coś-fkulce. Nie myśląc wiele ( ostatnio w ogóle niezbyt często uprawiam ten sport ) pochwyciłem jedno bezcenne opakowanie. Kontrolnie rzuciłem okiem na napisy: „MEN” - obecne, „ICE MINT” – niepokojące ale obecne. Uznałem, że da radę i ruszyłem na dalsze zakupy.

„ICE MINT”
Doprawdy, zastanawiam się czy chodziło o zapach i o specyficzne poczucie zimnej bryzy, które pojawia się krótko po zaaplikowaniu specyfiku w odpowiednim miejscu. Jeśli o to drugie, to muszę przyznać, iż do prawdy eksperyment udał się. Nie sądziłem, że opisując antyperspirant kiedykolwiek użyję określenia „to jest takie same uczucie, gdy ssąc mocnego halsa zaciągniesz się świeżym, zimowym powietrzem – tylko chodzi o zupełnie inną część ciała”. Owszem… można by to nazwać pewną formą Ice Mint.

Jeśli natomiast chodzi o zapach. Być może do niego właśnie odnosić się ma owo słowo „MEN”. Równie dobrze mogli by przed nim dodać Russian lub Polish. Nie wiem bowiem jak ten zapach może komukolwiek kojarzyć się z „ICE MINT”. Co jak co, ale czysta wódka dla mnie nie ma nic wspólnego z mint. Bo ten zapach to nawet nie jest spiryt – to tak jakby wlali do środka Wyborowej albo innej Stolichnaya… Co zabawne, jak to bywa z takimi środkami, gdy jest mi ciepło i się pocę zapach ów staje się znacznie bardziej intensywny. Czyli najzwyczajniej w świecie jedzie ode mnie wódą. Równie dobrze mógłbym pójść do sklepu, kupić sobie pół litra i ochlapywać się codziennie kilkoma kroplami.

Kurcze, aż się boję co się będzie działo jak mi się skończy płyn po goleniu.

Tak się zastanawiam – może ja to źle aplikuję? Tylko, dlaczego mieliby to wtedy sprzedawać w drogerii?