2011/07/20

Zło, czyli książka, która się skończyła...


Skończyłem „A Dance with Dragons” G.R.R. Martina. Ot, prezent urodzinowy, jaki zakupiłem sobie (dłuższą chwilę przed faktycznymi urodzinami). Taka, tradycja. Od kilku lat, regularnie w okolicach tego dnia zaglądam do księgarni i odnajduję tytuł, który nie dość, że zazwyczaj jest dość drogi, to często jest napisany w barbarzyńskim języku. Przez kilka lat pani Rowling dostarczała mi odpowiednich książek (jakoś zawsze trafiało się na premierę Pottera). Potem był jakiś Dukaj. Ten rok należał do Martina.
Nie jestem zadowolony.
Nie, nie napiszę, że jest to słaba książka. Kłamałbym prosto w ekran. Jest to jednak książka, która w pewien sposób przypomina mi czwartą część sagi o Wiedźminie. Musiała zostać napisana, żeby pewne wątki zamknąć. Musiała zostać napisana, żeby pociągnąć fabułę. Musiała zostać napisana, żeby zmieścić to, co nie zmieściło się w tomie poprzednim.  Tyle, że nie popchnęła niczego naprzód.
Wiadomo, że jestem fanem RPG, co oznacza, że podoba mi się każda książka, w której dobrze, szczegółowo opisany jest świat. Martin doskonale kreuje swoje uniwersum. Tworzy wizję tak realistyczną, że w pewnych fragmentach opis świata praktycznie zastępuje akcję.
Jednak pozostaje niedosyt. Fabuła się ciągnie. „A Dance with Dragons” przypomina mi bardziej kronikę, niż książkę fabularną, choć autor zakończył ją w taki sposób, że oczywiście będę z niecierpliwością wyczekiwał na kolejny tom. Sprytnie doprowadził wszystkie wątki do miejsca, w którym wiele rzeczy musi się zdarzyć ale… za rok? Dwa? Pięć? Kto wie?
Co mnie naprawdę cieszy, to fakt, że Martin w przeciwieństwie do Rowling powstrzymał się przed pisanie „pod film/serial”.
Nie pozostaje mi nic innego jak czekać.

Z innej beczki, czyli druga część notki…
Zastanawiałem się ostatnio nad ideą idola. Może niekoniecznie idola w postaci znanej nam z TV i popkulturowych programów… Raczej idola zbliżonego znaczeniem do „ideału”, „osoby, na której się wzorujemy”, „osoby, którą podziwiamy”. Myślałem o tym, oczywiście we własnym kontekście i odkryłem, że od czasów maleńkości w moim życiu idole nie funkcjonowali.
W dniach, gdy wiek mój nie zbliżał się nawet do liczby zaczynającej się od cyfry „2”, wierzyłem, że niejaki Ruud Gullit (piłkarz holenderski) był moim wzorem. Chciałem grać tak jak on (brak umiejętności utrudnił sprawę), być członkiem drużyny i zawsze dawać z siebie wszystko. To było dobre i po części zadziałało. Tyle, że był to ostatni człowiek, którego postawiłem na piedestale. A przecież od tego czasu dorosłem, odkryłem wiele innych dziedzin życia, natrafiłem na różnorodne osobowości –  nikt nie dostąpił zaszczytu zostania idolem.  Wzorce umarły i przestały funkcjonować.
Czyżby?
Czy to tylko „Ja”, czy też znak czasów? Czy nie ma nowego Zawiszy Czarnego? Czy Neil Gaiman nie zasługuje na taką pozycję? Czy Sting nie może zostać przykładem? Dla mnie… nie. Czy jednak ta zaraza rozlazła się na innych?
Zastanawiam się, Drodzy Nieliczni Czytelnicy… Czy ktoś z was ma w swoim życiu osobowość, która jest przykładem, wyznacza cel? Doprawdy, ciekawym.

2011/07/17

...

-32-

Kolejny rok minął. Następny się zaczyna.

2011/07/06

Kilka słów o głupocie.

Oglądając seriale (w ilościach znacznych) oraz czytając książki (w ilościach przekraczających znaczne) zwróciłem uwagę na jeden, niezwykle istotny element fabuły. Element, który popycha historię, tworzy opowieść , niezwykle wkurza przeciętnego użytkownika i wreszcie sprawia, że człowiek pożywiając się daną historią zapodaje sobie facepalm za facepalmem zastanawiając się, czy scenarzysta/pisarz naprawdę nie miał lepszego sposobu na urozmaicenie swojej opowieści.

Element ten należało by nazwać… Idiotą. Głupkiem.  Durniem. Młotkiem… Człowiekiem płci jednej lub drugiej, który z jakiegoś powodu musi zrobić, powiedzieć, zinterpretować coś w sposób, na który człowiek przy zdrowych zmysłach  nie zrobiłby nigdy. 

Oczywiście, można przyjąć, że owe indywidua mają problem z zachowaniem normalności. Można również przyjąć, że z założenia są bezgranicznie głupi. Fakt pozostaje – bez ich działań (lub ich braku) fabuła się nie skomplikuje i nie stanie się ciekawa. Co by było bowiem, gdyby w przeciętnym horrorze główny bohater uznał, iż nie ma sensu się rozdzielać (może był graczem RPG i nauczył się, że w pojedynkę bohater zawsze ginie), tylko w grupie stawić czoła niebezpieczeństwu…; co by było, gdyby zamiast uciekać na szczyt wieżowca, ktoś wpadłby na pomysł by ukryć się w szafce a następnie spróbować ucieczki na zewnątrz; co by wreszcie było, gdyby w świecie, w którym funkcjonują wampiry bohaterka zmusiła się do poczytania legend i książek o tychże?

Bardzo możliwe, że wybraliby „rozsądne wyjście” i żyli długo i szczęśliwie. I książka/serial byłyby zakończone. Duuużo za wcześnie. 

Czyli, podsumowując – w każdej fabule potrzebny jest jakiś kompletny głupek. Zupełnie jak Wielki Zły (który, często czyni zło… bo może), Wielki Dobry, Niezwykła Piękność, Młody Bohater (czyli od zera do bohatera) oraz mój ulubiony – występujący głównie w japońskim Anime (ale nie tylko) – Wspaniały Luzak (cool guy). 

Przy okazji wpadło mi do głowy, że mógłbym stworzyć sobie listę ulubionych (albo najmniej lubianych):
Kompletny Głupek:  Sookie Stackhouse (True Blood), Hiro Hiroshi (Heroes)
Wielki Zły:  Feyd-Rautha Harkonnen (Diuna), Cersei Lannister (Game of Thrones), Darth Vader (SW), Pani (Czarna Kompania)
Wielki Dobry: Aragorn (LOTR),Cpt. Jack O’Neill (SG:1),Geralt (Wiedźmin), Gandalf (LOTR) 
Niezwykła Piękność:  Valeria (Conan the Barbarian), Luthien (Silmarilion), Number 9 (Battlestar Galactica)
Młody (Głupi) Bohater: Luke Skywalker (SW),  Bastard (Uczeń Skrytobójcy), Neo (Matrix)
Wspaniały Luzak: Marcus Cole (Babylon 5), Han Solo (SW), Diarmuid (Fionovarski Gobelin)  
No i jeszcze jest Kane!.

Ot ciekawostka... pisałem  o głupkach, a jak zacząłem myśleć nad takimi, których mógłbym wymienić - wszyscy umknęli z mojej głowy. To pewnie cecha owych. Mają zrobić coś głupiego i... zginąć lub odejść w niepamięć.

2011/06/27

Krótka notka o zmieniających się erach...

W drodze do pracy dopadło mnie dziś Wspomnienie. Wspomnienie owo, tyczy się czasów sprzed pewnej ery, dokładniej rzecz ujmując – z czasów przed moim pierwszym wyjazdem na Daleki Wschód. Była to bowiem epoka bzyczącego internetu budzonego przy pomocy zaklęcia 0202122 o zawrotnej prędkości, która pozwalała zrobić sobie kawę i przeczytać rozdział książki, zanim komputer zorientował się, że udało się otworzyć  stronę sieciową. Była to również epoka telefonów stacjonarnych – podłączonych kablem do ściany i świata (w razie, gdyby jakimś cudem na notkę trafili czytelnicy urodzeni w XXI wieku) oraz gier, do których przeniesienia z jednego PC na drugi wymagano dyskietek w ilości hurtowej.
Wreszcie, był to czas listów wysyłanych z odległych wiosek i miasteczek Państwa Środka, z rzadka tylko zastępowanych okazyjnym mailem, który sam w sobie również miał strukturę porządnej, przemyślanej korespondencji.

Było to zaledwie dziesięć lat temu.

Wspomnienie dotyczyło szoku, jakiego doznałem po powrocie do kraju, gdy zorientowałem się, że co drugi student paraduje z własnym telefonem komórkowym, a co trzeci chwalił się szybkim łączem na uczelni lub w domu. W zaledwie rok, rzeczywistość wdrapała się na górkę wieku analogowego a następnie rzuciła na łeb i szyję w erę cyfrową. 

Nagle okazało się, że wielkimi krokami doganiamy literaturę SF. Moi gracze, zaczęli się zastanawiać, czemu w Star Wars: RPG nie ma telefonów komórkowych ani laserowej broni maszynowej. Ja, trochę oszołomiony obserwowałem miniaturyzację komórek, zmiany w wyglądzie (nie mówiąc o możliwościach) komputerów, pojawienie się technologii hologramów i ekranów dotykowych. Prawdopodobnie, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, w sferze technologi osobistej posunęliśmy się dalej niż w ciągu poprzednich stu. Nagle autorzy SF odkryli, że jeśli nie przeniosą swoich historii setki lat w przód i nie umieszczą ich w czerni kosmosu, to już jutro mogą zmienić się w pisarzy obyczajowych, opierających swoją fabułę na zupełnie normalnej i powszechnej w użytku technologii.

Świat pogalopował na cybernetycznym koniu. A może po prostu stracił nad nim panowanie i teraz tylko kurczowo trzyma się siodła, obserwując jak stwór pochłania przestrzeń i mając nadzieję, że gdzieś za zakrętem nie pojawi się metaforyczna gałąź, która z hukiem oraz ogromnym bólem głowy nie powstrzyma ogłupionego jeźdźca.

Strach się bać, co będzie się działo za kolejne dziesięć lat. Strach, bowiem widzę swoich rodziców, którzy z niejaką niepewnością i obawą podchodzą do telefonów obsługiwanych przy pomocy ekranu dotykowego a czeluście internetu pozostają dla nich niezbadaną ziemią. Strach, bo być może za dziesięć/dwadzieścia lat moi potencjalni potomkowie, będą zmuszeni tłumaczyć mi funkcje najnowszych gadżetów, a przecież nie wiadomo, czy odziedziczą moją nieziemską cierpliwość. Strach, bo nagle okazało się, że przemiana technologiczna nie rozciąga się na pokolenia, ale przemyka liczona w miesiącach.

Szkoda tylko, że przez te 10 lat niespecjalnie zbliżyliśmy się do zawojowania kosmosu. Miło by było móc wybrać się na Marsa na letni wypoczynek. Może nawet poza zasięg służbowej komórki.

Obrazek odnaleziony na stronie: Science Photo Library

2011/06/26

O zdolności koncentracji.

Kilka miesięcy temu, czytałem esej Dukaja, o zanikającej wśród ludzi pokolenia internetu, umiejętności skoncentrowania się na tekście dłuższym niż kilka akapitów. Pisarz udowadniał, że siła i natężenie z jaką bombardują nas nowoczesne media (a zwłaszcza internet), sprawiają, że przeciętny użytkownik mózgu,  nie potrafi skupić się na tekście dłuższym niż kilka, kilkanaście zdań, zanim rozproszy go jakaś grafika, link czy inna informacja wizualna, sprawiając, iż dana osoba skieruję swą uwagę w tę stronę.
Koncepcji owej nie wyśmiałem, aczkolwiek uznałem, iż kompletnie mnie ona nie dotyczy. Jak to miałoby  być możliwe? Przecież pochłaniam książki w ilościach hurtowych, często nie mogąc oderwać się od nich ani w podróży, ani w domu, ani nawet w marszu.
A jednak.
W ten weekend dostrzegłem w sobie zalążek zarazy. Może, to fakt posiadania dość przestronnego jak na warunki laptopów monitora, a może ogólny stres wywołany pracą, planowaniem przyszłości oraz związanymi z nimi problemami. Fakt jest taki, że dwa dni z długiego, czterodniowego weekendu spędziłem na przeglądaniu sieci, stawianiu bloga przy jednoczesny oglądaniu filmów/seriali na drugiej części ekranu monitora.
Ja rozumiem podzielność uwagi, ale stworzenie Mentis Asylum zajęło mi w czwartek prawie pięć godzin. Grafika, kształt a przede wszystkim nazwa bloga wyciekały ze mnie tak wolnym strumieniem, że zazwyczaj krew z nosa płynie mi znacznie, znacznie szybciej. Ale w zamian obejrzałem trzy filmy.
Dopiero praca nad słownikiem nazw geograficznych, do której zabrałem się wczoraj, przypomniała mi, co oznacza słowo SKUPIENIE. Trochę późno, ale zawsze. Nieprawdopodobne jak (nadal) potrafię się skoncentrować na danej czynności. Wyłączyć czynniki zewnętrzne, strach o upływający czas, irytację brakiem oczekiwanego maila, czy świeżego newsa. Coś tak banalnego, jak kolumny nazw własnych zapisane w znakach, ich odpowiedniki w transkrypcji fonetycznej pinyin oraz szeregi współrzędnych, działają na mój mózg lepiej niż dziesięć kółek biegiem dookoła stadionu, po których jedyne nad czym się zastanawiam, to pytanie: gdzie zostawiłem płuca i dlaczego serce próbuje wyrwać mi się z klatki piersiowej.
W ramach tak zwanego „kucia żelaza póki gorące”, otworzyłem dziś plik tekstowy, nad którym pracowałem gdzieś w 2008 roku. Nie jest zły. Nie jest też dobry, żeby nie było. Jest taki, że zastanawiam się, czy powinienem próbować go poprawić, czy po prostu napisać od nowa, wykorzystując tylko pierwotny pomysł.
Muszę nad tym pokontemplować.  (Chyba, że „2 i pół mężczyzny” ponownie zawładnie moim umysłem, ponownie przerywając moją niezwykle delikatną koncentrację.)