… czyli daję znak życia.
Z wieści istotnych – wczoraj, po dwu latach i dziewięciu miesiącach pracy zakończyłem współpracę z moją firmą. Ciekawe uczucie. Zeszło ze mnie całe ciśnienie - a przynajmniej jego większość, bowiem nadal zdarza mi się pomyśleć o czymś, co ktoś miał gdzieś dopilnować. Wreszcie nie martwię się tym, co po drugiej stronie świata spierdzieli jakiś skośny, nie przejmuję się, że ten czy inny statek spóźni się o tyle i tyle dni. Świat zaraz wydaje się lepszym miejscem. Teraz, mogę w spokoju przygotowywać się do lotu na odległe, wschodnie wyspy.
To już niedługo. Za trochę ponad miesiąc wsiądę do samolotu Luftwaffe i zahaczając o Frankfurt i Monachium pofrunę do Osaki. Ale będzie jazda. Łączę z tym wyjazdem naprawdę sporo nadziei. Pytanie, czy plany, które chodzą mi po głowie uda się zrealizować??!! A to przecież ostatnia szansa (realistycznie patrząc na Świat i Rzeczywistość) by naumieć się japońskiego, napisać w spokoju Książkę-Która-Ma-Uczynić-Mnie-Sławnym-I-Bogatym, zostać fotograficznym geniuszem i inne takie tam. Tak czy inaczej, na tę chwilę przepełnia mnie optymizm na skalę niespotykaną w moim przypadku.
Również przepełnia mnie chęć do zrobienia … czegoś. Póki co, realizuje się ona w kolejnej przygodzie do ED RPG, która wylewa się ze mnie szeroką i wezbraną falą. Dawno już nic nie sprawiło mi tak niesamowitej frajdy i co ważniejsze nie odciągnęło mnie od przekleństwa, jakim są seriale. Już za tydzień będę mógł wypróbować swoje koncepcje na niczego nie spodziewających się graczach. No, może nie są aż tak nieświadomi – jednemu zdradziłem, iż ostatnią lekturą, którą pochłonąłem była „Zagłada Czarnej Kompanii” Glena Cooka, a jak wszyscy grający ze mną wiedzą książki, które czytam często wkradają się podstępnie do akurat pisanych scenariuszy, co nie zawsze dobrze kończy się dla PC. Zobaczymy za półtora tygodnia.
A skoro już o RPG mowa, to udało mi się być na konwencie Polcon 2011. Ba! Udało mi się nawet wziąć udział w dwu połówkach prelekcji oraz rozdaniu Nagrody im. Zajdla. Piszę o połówkach, bowiem ani na spotkaniu z J. Dukajem, ani na warsztatach creative writing z Pat Cadigan nie udało mi się wytrwać do końca. Jeśli chodzi o pierwsze – po prostu było nudne. Pan Jacek powinien pozostać przy zwyczaju nie odwiedzania konwentów. Niechaj pisze książki i daje się podziwiać z daleka.
O drugim punkcie programu, na który naprawdę mocno liczyłem muszę jednak napisać kilka słów. Pani Pat Cadigan jest osobą bardzo miłą, pisze również świetne książki, ale… ale powinna zmienić tłumacza. Chociaż może się mylę, może ten człowiek nie był tłumaczem a prowadzącym te warsztaty. No, tak… tłumaczem na pewno nie był. Gdybym wykonywał swoją pracę w taki sposób, w jaki on ją wykonywał, wyleciałbym z każdego tłumaczenia i to z prędkością większą niż ta, którą osiągnął S. gdy po wyrażeniu swojego niezadowolenia z poziomu tłumaczenia opuścił rzeczone spotkanie. Nie chodzi nawet o brak znajomości języka, bowiem pan tłumacz/redaktor/cholera wie co, język autorki znał całkiem nieźle. Niestety najwyraźniej nie docierało do niego, iż nie jest gwiazdą spotkania. Nie docierało również to, że ludzie przyszli posłuchać światowej sławy autorki, a nie jego dygresji na temat tego, kogo spotkał, z kim pił kawę, jak on widział wspomniane warsztaty itd. Tak bardzo na tych swych dygresjach był skupiony, że uciekała mu treść słów wypowiedzianych przez Panią Cadigan – słów, po które przyszliśmy na spotkanie. Ja rozumiem, że można pomylić się/ przemilczeć coś raz… może dwa, ale jeśli całe spotkanie na tym polega, człowiekowi mają prawo puścić nerwy. Nawet nie chodzi o osoby, które znają język i cierpią słuchając wszystkich przeinaczeń. Ostatecznie one mogą czerpać z oryginału. Problem polega na tym, że osoby, które angielskiego nie znały musiały przyjąć jego tłumaczenia na dobrą wiarę. Niestety (dla tłumacza) nawet największy lingwistyczny ignorant prędzej czy później zorientuje się, że coś, co kobiecie zajęło pół minuty, nie może być tłumaczone przez pięć…
Jak się okazało w przerwie – najwyraźniej spora liczba osób opuszczających spotkanie wraz ze mną i Mo, zdanie miała bardzo podobne.
Ale, ale… Polcon uważam za udany. Ot, napiłem się piwa ze znajomymi, posiedziałem z tuzami fandomu, zjadłem tartę w miłym towarzystwie, pooglądałem jak młodzież bawi się kostiumami. Jak na dziadka – całkiem nieźle.
To tyle na tą chwilę.
Oddaje się RPG.
Miłej nocy wszystkim życzę.
